Miał twarz aniołka, a okazał się bestią. 20-letni Jonasz S. zgotował kobiecie piekło. "Znaleźli ją w wannie"

Jonasz S. zamówił do mieszkania kobietę świadczącą usługi sado-maso. 41-letnia Barbara Z. nigdy już nie wróciła z tego spotkania. 20-latek o wyglądzie niewinnego ucznia zamordował ją i poćwiartował. Z wanny policjanci wyciągali jej odrąbane kończyny i rozcięty brzuch. Ta mrożąca krew w żyłach zbrodnia zszokowała śledczych, a dla wielu stała się niezrozumiałym przykładem przemiany zwykłego chłopaka w bezwzględnego kata.

Gdy Jonasz S. dopuścił się tego wstrząsającego zabójstwa, miał zaledwie 20 lat. Uchodził za sympatycznego chłopca, a jego jasne włosy i niemal dziecięce rysy sprawiały, że wyglądał wyjątkowo łagodnie. To właśnie ta chłopięca aparycja i drobna budowa ciała z czasem stały się dla niego źródłem kompleksów. Marzył o tym, by otoczenie traktowało go z większym respektem. Próbował nadrabiać to ubiorem, sięgając po mroczne stylizacje: luźne spodnie, czarne ciuchy i wojskowe buty. Jego wysoki wzrost był jedyną cechą fizyczną, z której był zadowolony. W prywatnym liceum w Wyszkowie wywoływał mieszane odczucia. Choć dyrekcja opisywała go jako pomocnego i miłego ucznia, to wśród rówieśników uchodził za kontrowersyjnego. Kiedyś przypiął do bluzy naszywkę z hasłem „Jezus zabije twego idola”, co wywołało konsternację, a usunął ją dopiero po uwagach kolegów. Takie incydenty podsycały pogłoski o jego rzekomym ateizmie, choć widywano go też udzielającego się w parafii, gdzie grał na gitarze i pomagał przy wizytach kościelnych dostojników. Jonasz S. był pełen niewyjaśnionych kontrastów.

Sonda
Czy w Polsce powinna obowiązywać KARA ŚMIERCI?

Od grzecznego ucznia do zabójcy. Jonasz S. krył w sobie mroczną tajemnicę

Mimo sporadycznych nieobecności na zajęciach, 20-latek radził sobie z nauką. Planował karierę w pożarnictwie i miał rozpocząć studia w stolicy. Według informacji prasowych, pozytywnie przeszedł rekrutację, ale ostatecznie zrezygnował z nauki. Nie przystąpił do ślubowania i po jednym semestrze oficjalnie skreślono go z listy żaków.

Jego matka pracowała jako dziennikarka w wyszkowskiej gazecie i cieszyła się lokalną rozpoznawalnością. Była zaangażowana w wychowanie syna i reagowała na jego szkolne wyskoki. Dyrektor liceum wspominała, że kobieta nie szukała wymówek dla jego wagarów, lecz starała się wyciągać konsekwencje. Zaszczepiła w nim także pasję do mediów, zachęcając do robienia zdjęć. Jego kadry trafiały na łamy prasy i do sieci, co dawało mu ogromną satysfakcję i powód do dumy. Niestety, to zadowolenie wkrótce zgasło.

Kryzys w życiu Jonasza rozpoczął się, gdy w jego szkole pojawiła się nowa dziewczyna, Dagmara. Chłopak stracił dla niej głowę, co potwierdzali jego szkolni znajomi. Choć zawsze dobrze czuł się w towarzystwie koleżanek, ta relacja okazała się dla niego toksyczna. Dagmara była bardzo zaborcza, odizolowała go od rówieśników i urządzała sceny zazdrości. Wielokrotnie zrywała z Jonaszem, by po chwili do niego wracać, co wpędzało go w emocjonalną huśtawkę. Po dwóch latach ostatecznie go zostawiła, a on kompletnie się załamał. Niektórzy twierdzili jednak, że to Jonasz próbował wciągnąć ją w swój dziwny, mroczny świat. Prawda prawdopodobnie leży pośrodku – oboje negatywnie wpływali na swoje życie.

W połowie lutego 2009 roku, dokładnie w niedzielę, Jonasz zadzwonił do agencji towarzyskiej. Zażądał kobiety świadczącej usługi sado-maso. Wysłano do niego 41-letnią Barbarę Z., zadbaną i smukłą kobietę. Zjawiła się w wynajmowanym przez niego mieszkaniu w Warszawie, gdzie 20-latek miał rzekomo studiować. Śledczy zastanawiali się później, dlaczego chłopak wybrał kobietę o tyle starszą od siebie. Być może to był przypadek, a może to celowy wybór starszej ofiary.

Barbarę Z. przywiózł na miejsce znajomy kierowca, który w tej branży służył także jako ochrona. Miał na nią czekać w taksówce, ale po przedłużającej się ciszy zaczął się niepokoić. Gdy jego telefony i dzwonienie do drzwi pozostawały bez odzewu, postanowił zgłosić sprawę na policję. Intuicja podpowiadała mu, że stało się coś złego – i miał całkowitą rację.

Policjanci przyjechali na miejsce i początkowo próbowali kulturalnie dostać się do środka. Pukali i wzywali do otwarcia, ale drzwi pozostawały zamknięte, chociaż dochodziły zza nich dźwięki. Zdecydowali się wejść przez okno. Gdy Jonasz zorientował się w sytuacji, podjął próbę ucieczki, jednak błyskawicznie został zatrzymany przed budynkiem przez funkcjonariuszy zabezpieczających teren.

Szokujące odkrycie na Chłodnej. Zbrodnia Jonasza S. przeraża do dziś

Wnętrze łazienki tonęło w krwi. W wannie znajdowały się rozczłonkowane zwłoki Barbary Z. Sprawca najpierw skrępował 41-latkę łańcuchem i pozbawił ją życia, a następnie poćwiartował. Kobieta miała odcięte kończyny i rozpruty brzuch, a część jej narządów została usunięta. Ten makabryczny widok zszokował doświadczonych policjantów. Wielu z nich przyznało później, że nigdy wcześniej nie widzieli tak okrutnej zbrodni. Sekcja zwłok wykazała braki w organach wewnętrznych ofiary; przypuszcza się, że sprawca pozbył się ich, spłukując w toalecie, bo nigdy ich nie odnaleziono.

Jonasz tłumaczył w trakcie przesłuchań, że zamówił usługę z agencji jedynie w formie żartu. Twierdził, że nie wie, jak doszło do tragedii. Barbara Pietkiewicz, znana reportażystka, analizując tę sprawę na łamach „Polityki”, wysnuła teorię, że 20-latek chciał w ten sposób udowodnić swoją siłę. Jego delikatna uroda i kompleksy mogły pchnąć go do chęci zdominowania kogoś. Użycie łańcucha miało być symbolem jego władzy nad ofiarą.

Eksperci wykluczyli, że zabójstwo było wynikiem nagłego ataku choroby psychicznej, a sam Jonasz nie był pod wpływem środków odurzających ani alkoholu. Z kolei profesor Józef Krzysztof Gierowski początkowo sugerował, że zbrodnia mogła mieć podłoże seksualne.

Jonasz S. szybko przyznał się do popełnienia morderstwa. Dziennikarze „Super Expressu” ustalili, że zbrodnia nie była efektem impulsu, lecz została starannie zaplanowana. Okazało się, że chłopak dowiedział się, kto wynajmował mieszkanie przed nim – był to notowany przez policję mężczyzna o imieniu Kamil. To właśnie tym imieniem 20-latek posłużył się podczas zamawiania prostytutki, co wskazuje na próbę zrzucenia winy na byłego lokatora.

Sąd nie miał wątpliwości. Surowy wyrok dla 20-letniego mordercy

Śledczy potwierdzili, że sprawca przygotował się do zbrodni, kupując łańcuch i noże, które porzucił przy zwłokach. Głównym pytaniem pozostawał motyw. Według profesora Gierowskiego, działanie Jonasza nie było podyktowane jedynie popędem seksualnym, ale potrzebą udowodnienia własnej wyższości i przejęcia absolutnej kontroli nad ofiarą.

W sądzie Jonasz starał się umniejszyć swoją rolę. Przekonywał, że ofiara straciła przytomność, a on chciał ratować jej życie. Dopiero w panice miał rozpocząć cięcie zwłok. Zaskakująco, Sąd Okręgowy w Warszawie w 2010 roku przyjął tę argumentację i skazał chłopaka jedynie na 15 lat pozbawienia wolności.

Rodzina zmarłej i śledczy zaskarżyli ten wyrok. Proces apelacyjny został utajniony ze względu na drastyczne detale zbrodni. Sąd dostrzegł rażące uchybienia w poprzednim postępowaniu.

Rok później Sąd Apelacyjny zdecydował, że zbrodnia została zaplanowana i podwyższył karę do dożywotniego więzienia. Kasacja obrony została odrzucona przez Sąd Najwyższy. Sędzia Małgorzata Gierszon podkreśliła brak podstaw do zmiany wyroku, a rodzina Barbary Z. wyraziła ulgę, uznając decyzję sądu za sprawiedliwą.

Zgodnie z prawomocnym wyrokiem, Jonasz S. będzie mógł starać się o przedterminowe zwolnienie najwcześniej w 2034 roku, po 25 latach pobytu w zakładzie karnym. Będzie miał wówczas podobny wiek, co jego ofiara w chwili śmierci. Biorąc pod uwagę brutalność zbrodni, szanse na jego szybsze wyjście na wolność są minimalne. Wszystko wskazuje na to, że 20-letni morderca już na zawsze pozostanie w zamknięciu.

Pokój Zbrodni - Oblał żonę i podpalił