Do groźnie wyglądającego incydentu doszło we wtorek (3 lutego) na terenie stołecznego Lotniska Chopina. Podczas wywozu odpadów eksplodował ładunek nieznanego pochodzenia, który znajdował się w śmieciarce. Pojazd stał na rampie w rejonie graniczącym z lotniskiem 1. Bazy Lotnictwa Transportowego. Informacje o zdarzeniu jako pierwszy podał portal Onet.
Według oficjalnych danych przekazanych przez kierownika działu komunikacji lotniska Piotra Rudzkiego, do wybuchu doszło około godziny 7 rano.
− Do zdarzenia doszło w miejscu odosobnionym, oddalonym od strefy pasażerskiej. Nie było żadnej potrzeby ewakuacji − powiedział portalowi TVP.Info. Jak podkreślił, eksplozja nie miała żadnego wpływu na funkcjonowanie lotniska.
Rudzki zapewniał również, że procedury zadziałały prawidłowo. − Nie było konieczności ewakuacji. Wszystkie procedury zadziałały. Nie wpłynęło to w żaden sposób na sytuację operacyjną lotniska. Do zdarzenia doszło w miejscu odosobnionym, do którego dostęp mają tylko pracownicy − i to też nie wszyscy pracownicy lotniska − wyjaśnił.
Inny obraz sytuacji wyłania się jednak z relacji źródeł Onetu. Według informatorów portalu do incydentu doszło około godziny 9, a na miejsce wezwano służby lotniskowe. − Według źródeł Onetu co najmniej przez godzinę nie pozwolono im interweniować. Śmieciarka przez ten czas po prostu miała stać na ulicy − czytamy. Rozmówcy portalu mówią wprost o paraliżu decyzyjnym i braku decyzji o ewakuacji mimo „ewidentnego zagrożenia”.
Do tych zarzutów odniósł się Piotr Rudzki w rozmowie z Onetem. − Faktycznie, podczas wywozu doszło do incydentu, ale teraz wszystkie służby działają tutaj. Służby państwowe prowadzą sprawę − powiedział, zaprzeczając, że przez dłuższy czas nie podejmowano interwencji. Podkreślił też, że nie było podstaw do ewakuacji, a sytuacja „nie wpłynęła w żaden sposób na sytuację operacyjną lotniska”.
Polecany artykuł: