Spis treści
Imiona bohaterek tekstu oraz byłych pracowników firmy zmieniono z uwagi na ich prośbę.
Dla jednej z kobiet kwota ta miała stanowić fundament pod zakup własnego lokum i zapewnić stabilność dwuletniemu dziecku. Druga liczyła na godną i spokojną emeryturę. Obie uwierzyły warszawskiemu przedsiębiorstwu MENGS Inwestycje. Podpisały stosowne umowy i zabezpieczyły się notarialnie. Obecnie żadna z nich nie ma pewności, czy ich życiowe oszczędności kiedykolwiek wrócą na ich konta.
Zasada działania tego typu przedsięwzięć wydaje się banalna. Przedsiębiorstwo zbiera środki od inwestorów, nabywa i odnawia lokale, a następnie je zbywa lub wynajmuje, dzieląc się profitami z klientami. W zamian za powierzone oszczędności, inwestorzy mają zagwarantowane odsetki lub procent z wygenerowanego zysku.
To jednak tylko teoria. Dla bohaterek tego tekstu praktyka okazała się niezwykle dotkliwa.
Sprzedała kawalerkę. 500 tys. zł przepadło
Pani Anna wychowuje dwuletnie dziecko. Zbyła swoją dotychczasową kawalerkę z zamiarem nabycia większego lokum. Do wymarzonego mieszkania brakowało jej kilkudziesięciu tysięcy złotych. Z uwagi na wcześniejszy urlop macierzyński i zawieszoną firmę, procedura kredytowa wymagała odczekania kilku miesięcy. Kobieta nie chciała, by jej pół miliona złotych leżało na rachunku bankowym bez procentu.
Podjęła decyzję o zasileniu kapitałem firmy MENGS Inwestycje. Nie był to strzał w ciemno. W strukturach spółki od dłuższego czasu zatrudniony był jej znajomy. Co więcej, pięć lat wcześniej pani Anna powierzyła tej samej firmie 100 tys. zł. Wtedy transakcja przebiegła wzorowo, a środki wraz z zyskiem trafiły do niej w terminie.
Stwierdziłam, o ironio, że to będzie najbezpieczniejsza, najlepsza opcja – wspomina dziś z goryczą.
W grudniu 2025 roku zawarła kolejny kontrakt. Tym razem na kwotę 500 tys. zł z gwarantowanym oprocentowaniem rzędu 11 proc. Termin spłaty wyznaczono na połowę czerwca 2026 r. Dokumenty podpisano w obecności notariusza, a firma zobowiązała się do dobrowolnej egzekucji w przypadku niedotrzymania warunków.
Przez długi czas nic nie zwiastowało katastrofy. Dopiero na kilkanaście dni przed planowaną spłatą, pracownik spółki przekazał kobiecie, że środki nie wpłyną na czas. Zaoferowano jej przesunięcie terminu zwrotu aż o dwa lata!
Dla pani Anny, która potrzebowała funduszy na zakup wymarzonego M, taka propozycja była całkowicie nieakceptowalna. Odrzuciła aneksy. Jak twierdzi, firma obiecywała uregulowanie należności do końca września. Termin minął, a konto kobiety wciąż świeci pustkami.
Nie jestem w stanie z nimi w żaden sposób się skontaktować. Na maile nie odpowiadają, telefony są zrzucane – opowiada.
Skutki tej sytuacji mogą być dla niej fatalne. Pani Anna pozbyła się własnego mieszkania, a zainwestowane środki miały stanowić fundament przyszłości jej i jej dziecka. Dodatkowo drży o potencjalne konsekwencje podatkowe.
Zgodnie z polskim prawem, zbycie nieruchomości przed upływem pięciu lat od końca roku jej nabycia wiąże się z obowiązkiem uiszczenia 19 proc. podatku dochodowego. Istnieje możliwość skorzystania z tzw. ulgi mieszkaniowej, o ile środki ze sprzedaży zostaną zainwestowane we własne cele mieszkaniowe w ciągu trzech lat.
W tym miejscu pojawia się jednak kluczowa przeszkoda. Bez zwrotu 500 tys. zł pani Anna nie jest w stanie kupić nowego lokum. Kobieta boi się, że nie tylko bezpowrotnie straciła dostęp do swoich oszczędności, ale dodatkowo urząd skarbowy upomni się o podatek od sprzedaży poprzedniego mieszkania.
Zamiast kupować mieszkanie, desperacko walczy o zwrot swoich pieniędzy. Złożyła już stosowne dokumenty w sądzie z nadzieją na błyskawiczne wszczęcie egzekucji komorniczej.
Emerytura przepadła. Zainwestowała spadek po bliskich
Nie mniej dramatycznie brzmi relacja pani Wiesławy. W 2025 r. stała się posiadaczką spadku rzędu około 150 tys. zł. Dla niej były to praktycznie wszystkie zgromadzone oszczędności, mające stanowić bufor bezpieczeństwa na jesień życia.
O potencjalnej inwestycji dowiedziała się od zaprzyjaźnionego pośrednika nieruchomości. Zarekomendował jej firmę, która posiadała dedykowany dział do obracania kapitałem klientów. Pani Wiesława skontaktowała się z przedstawicielami i wynegocjowała warunki umowy.
Propozycja brzmiała atrakcyjnie: 13 proc. w skali roku, dwunastomiesięczna umowa i kwartalna wypłata odsetek. Wzorem pani Anny, formalności dopełniono w kancelarii notarialnej.
Na początku wszystko szło zgodnie z planem. Pierwsza transza odsetek wpłynęła terminowo. Dwie kolejne zanotowały opóźnienia, ale finalnie zasiliły konto inwestorki. Wygenerowane zyski sfinansowały jej drobne przyjemności i zagraniczny wyjazd. Samego kapitału głównego (150 tys. zł) nie chciała jednak naruszać.
Te pieniądze traktowałam jak zabezpieczenie, pomysł na emeryturę. Nie mam innych znaczących oszczędności – opowiada.
Z biegiem czasu sytuacja zamieniła się w prawdziwy dramat. Ostatnia transza odsetek nigdy do niej nie dotarła. Co gorsza, spółka nie oddała jej również kapitału bazowego.
Wiosną wystosowała przedsądowe wezwanie do zapłaty. Bez odzewu. Niedługo potem dotarły do niej informacje o wniosku upadłościowym firmy. Próby nawiązania jakiegokolwiek kontaktu spełzły na niczym. Telefony i wiadomości pozostają bez odpowiedzi.
Gdy uświadomiła sobie, że najprawdopodobniej nigdy więcej nie ujrzy swojego spadku, ogarnęło ją przerażenie. Od tego momentu funkcjonuje w ciągłym stresie, który, jak sama przyznaje, dewastuje jej zdrowie.
Nie straciłam tylko pieniędzy, ale także poczucie bezpieczeństwa i zaufania do ludzi – mówi.
Dramatyczne kulisy upadku: "Od dwóch lat firma zjeżdżała w dół"
Według informacji zebranych przez dziennikarzy „Super Expressu”, kłopoty finansowe spółki nawarstwiały się od dłuższego czasu. Pan Tomasz, były pracownik MENGS, stanowczo odrzuca tezę o celowym oszustwie, wskazując raczej na ekonomiczną zapaść przedsięwzięcia. Tłumaczy, że już wcześniej występowały problemy z płynnością finansową, cięcia kosztów i redukcje etatów. Część projektów deweloperskich miała generować potężne straty zamiast prognozowanych zysków.
Moim zdaniem firma od dwóch lat zaliczyła jazdę w dół – ocenia były pracownik.
Jeszcze bardziej szokująca jest relacja pana Pawła, również byłego pracownika MENGS. Mężczyzna deklaruje, że spółka jest mu winna kilkadziesiąt tysięcy złotych z tytułu zaległych pensji. Przystał na opóźnienia, wierząc zapewnieniom zarządu, że w pierwszej kolejności zaspokajane będą roszczenia klientów. Sam naganiał inwestorów i zależało mu na tym, by ci odzyskali swoje środki. Finał był jednak taki, że pieniędzy nie zobaczyli ani klienci, ani on.
Zależało mi, żeby moi klienci otrzymali należne pieniądze. Czuję się współodpowiedzialny za ich sytuację, ponieważ to ja pośredniczyłem w podpisaniu umów. Reprezentowałem firmę – mówi.
Z nieoficjalnych źródeł wynika również, że pion nieruchomościowy MENGS został niedawno zlikwidowany.
Rozmach całej afery może być gigantyczny. W Krajowym Rejestrze Zadłużonych widnieją wpisy o wnioskach upadłościowych dla trzech powiązanych podmiotów: MENGS, MENGS Inwestycje oraz TP Venture. Wszystkie wpisy noszą datę 7 października 2026 r.
Wszystkie podmioty tworzą sieć powiązań personalnych i kapitałowych. W strukturach zarządczych całej trójki figurują Mateusz Pudzianowski i Jan Michał Tchórzewski. Panowie dzielą się po połowie udziałami w spółce TP Venture, która jest stuprocentowym właścicielem MENGS Inwestycje. Są również udziałowcami głównej spółki MENGS, wspólnie z trzecim partnerem biznesowym, Łukaszem Pakułą.
Obecnie nie sposób oszacować, ilu klientów domaga się zwrotu środków i jak olbrzymia jest łączna kwota zadłużenia.
Co dalej z pieniędzmi klientów? Spółka milczy o konkretach
Skierowaliśmy zapytania do zarządu MENGS Inwestycje w sprawie dramatycznej sytuacji poszkodowanych. Spółka przyznaje się do kłopotów finansowych i faktu, że nie była w stanie wywiązać się z terminów zapisanych w umowach.
Sytuacja finansowa Spółki spowodowała, że realizacja części zobowiązań w pierwotnie ustalonych terminach nie była możliwa – czytamy w odpowiedzi zarządu MENGS Inwestycje, pod którą podpisał się Mateusz Pudzianowski, członek zarządu i dyrektor sprzedaży ds. nieruchomości.
Przedsiębiorstwo potwierdziło również fakt złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości, zaznaczając jednak, że samo złożenie wniosku nie równa się z automatycznym ogłoszeniem upadłości – o tym zadecyduje sąd.
Co stanie się z pieniędzmi inwestorów? Tu brakuje jakichkolwiek konkretów.
Zarząd tłumaczy, że ewentualne zaspokojenie roszczeń wierzycieli uzależnione będzie od przebiegu procedur, wyroków sądowych oraz faktycznego stanu kont bankowych spółki. Przedstawiciele firmy dodają wprost, że „na obecnym etapie nie jest możliwe odpowiedzialne wskazanie konkretnych terminów zwrotu środków”.
Firma nie deklaruje więc żadnej daty zwrotu pieniędzy, nie daje również gwarancji, że poszkodowani w ogóle odzyskają powierzone jej sumy.
Ostateczny głos w sprawie przyszłości spółki należy teraz do sądu. Rozpocznie się żmudna procedura: analizowanie dokumentacji, szacowanie majątku i weryfikacja możliwości spłaty długów. Za tymi biurokratycznymi terminami kryją się jednak ludzkie tragedie.
Dla pani Anny kwota 500 tys. zł była przepustką do własnego mieszkania i spokojnej przyszłości. Dla pani Wiesławy 150 tys. zł ze spadku stanowiło życiową polisę na starość. Dziś obie kobiety nie wiedzą, czy ich pieniądze kiedykolwiek do nich wrócą. Czas działa na ich niekorzyść.
Apelujemy do wszystkich osób, które zainwestowały środki w MENGS Inwestycje i nie mogą ich odzyskać, o pilny kontakt z redakcją „Super Expressu”. Bohaterki tego artykułu planują zjednoczyć siły z innymi poszkodowanymi, by wspólnie domagać się sprawiedliwości i zwrotu swoich oszczędności.