Matka udusiła noworodka w drodze z domu dziecka. Wcześniej zrzekła się praw do Pawełka

2026-05-13 10:04

37-letnia Wiesława P. urodziła całkowicie zdrowego chłopca, jednak natychmiast zrzekła się do niego praw. Tłumaczyła, że ma już wystarczająco dużo pociech na utrzymaniu, a sytuacja w domu jest fatalna. Sześć tygodni później niespodziewanie zmieniła decyzję i zabrała malucha z placówki opiekuńczej. Niestety, w drodze powrotnej brutalnie pozbawiła go życia za pomocą zwykłej foliowej torby. Kobieta wyznała śledczym, że niemowlę początkowo płakało i wierzgało, aż ostatecznie przestało oddychać. Prawda o losie Pawełka wyszła na jaw dopiero po dwóch latach, całkowitym przypadkiem.

Postępowanie 37-letniej Wiesławy P. wymyka się jakimkolwiek racjonalnym ocenom, zwłaszcza że początkowo wykazywała ona ludzkie odruchy, oddając niechciane niemowlę do wyspecjalizowanej placówki. Dlaczego ostatecznie zamordowała własnego syna i czy zbrodnia ta była z góry ukartowana? Cała tragiczna historia wzięła swój początek w połowie 2004 roku. Jak ustalił reporter „Super Expressu” Andrzej Woźniak, mieszkająca w mazowieckim Rudzienku kobieta była w zaawansowanej ciąży, gdy podczas załatwiania spraw w warszawskim oddziale banku odeszły jej wody płodowe. Ponieważ miała już za sobą kilka porodów i status wieloródki, zachowała zimną krew. Udała się do najbliższego szpitala, gdzie na świat przyszedł zupełnie zdrowy noworodek.

Personel medyczny był w głębokim szoku, gdy zaledwie kilka godzin po porodzie pacjentka zażądała natychmiastowego wypisu do domu. Zdecydowała się porzucić chłopca na oddziale, kategorycznie odmawiając opieki nad nim, argumentując to zbyt dużą gromadką potomstwa na swoim utrzymaniu. Zszokowani lekarze musieli dopełnić wszelkich formalności, co dla trzydziestosiedmiolatki nie stanowiło najmniejszej przeszkody. Bez wahania podpisała oświadczenie o zrzeczeniu się praw rodzicielskich i wyraziła oficjalną zgodę na adopcję, wnioskując o umieszczenie małego Pawła w domu dziecka. Śledczy pracujący później nad sprawą odkryli, że matka żaliła się medykom na skrajnie trudną sytuację materialną oraz rzekomą przemoc ze strony męża i teściów, choć żadne instytucje pomocowe nie miały o tym pojęcia.

Wiesława P. odebrała Pawła z domu dziecka. Zabiła go w drodze do domu

Odrzucony przez matkę chłopiec został przewieziony do ośrodka opiekuńczego w podwarszawskim Otwocku, gdzie zapewniono mu doskonałe warunki do rozwoju. Dziecko rozwijało się prawidłowo, a przez równe czterdzieści dwa dni opiekowały się nim oddane pracownice placówki. Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy w drzwiach budynku nagle pojawiła się Wiesława P., stanowczo domagając się zwrotu syna. Dziennikarze „Super Expressu” donosili, że kobieta gorąco zapewniała o swoich matczynych uczuciach i rzekomej chęci samodzielnego wychowania chłopca. Decyzją urzędników, w oparciu o nie do końca jasne dziś procedury, noworodek trafił z powrotem w jej ręce. Niestety, po opuszczeniu murów otwockiej placówki, matka nigdy nie dowiozła niemowlęcia do rodzinnej wsi.

Przez okrągłe dwadzieścia cztery miesiące los małego chłopca pozostawał nieznany dla jakichkolwiek służb. Szokujący jest fakt, że nikt nie pofatygował się, by sprawdzić sytuację w domu kobiety, a domownicy rzekomo nie mieli pojęcia o jej odmiennym stanie. Potwierdzali to zresztą sąsiedzi z wioski, twierdząc z przekonaniem, że podejrzana celowo nosiła obszerne swetry i maskowała rosnący brzuch przed otoczeniem. Zarówno czterdziestosześcioletni mąż Sylwester P., jak i jego rodzice, Józef i Hanna, solidarnie zeznawali przed wymiarem sprawiedliwości, że o istnieniu Pawełka dowiedzieli się dopiero dwa lata po jego narodzinach. Porażająca prawda wyszła na jaw całkowicie niespodziewanie.

W czerwcu 2006 roku rozegrał się łudząco podobny scenariusz, ponieważ kobieta ponownie zaszła w ciążę. Akcja porodowa znów zaskoczyła ją podczas pobytu w stolicy, gdy podróżowała do swojego miejsca zatrudnienia. Skierowała swoje kroki do tego samego warszawskiego szpitala, w którym przyszedł na świat jej zamordowany syn. Urodziła zdrową dziewczynkę, nadała jej imię Oliwia i natychmiast wypisała się na własne żądanie. Andrzej Woźniak ze wspomnianego dziennika podkreślał, że tym razem wyrodna matka nie złożyła żadnych podpisów pod dokumentami adopcyjnymi, po prostu opuszczając klinikę. Porzucona córeczka trafiła do identycznego ośrodka w Otwocku. Wiesława P. nigdy jej stamtąd nie odebrała, co według późniejszych relacji policjantów wynikało z jej panicznego strachu przed powtórzeniem zbrodni dokonanej na Pawle.

Sonda
Czy kary za dzieciobójstwo w Polsce są odpowiednie?

Urzędnicy szukali zaginionego dwulatka. Śledztwo ujawniło zbrodnię matki

Przełom w całej sprawie nastąpił w momencie, gdy urzędnicy rozpoczęli procedurę adopcyjną maleńkiej Oliwii. Delegacja pracowników opieki społecznej przyjechała do domu w Rudzienku, aby formalnie potwierdzić, że trzydziestosiedmiolatka trwale porzuciła córkę w szpitalu. W trakcie oględzin miejsca zamieszkania ich uwagę zwrócił pewien potężny brak, ponieważ nigdzie nie było widać dwuletniego chłopca, który w świetle dokumentów powinien tam przebywać. W domu bawiły się jedynie starsze dzieci: siedmioletni Maciej, czternastoletni Piotrek, szesnastoletni Wojtek i pełnoletni już Mariusz. Kiedy padło bezpośrednie pytanie o losy Pawełka, Wiesława oblała się zimnym potem, a reszta rodziny wyglądała na autentycznie zdezorientowaną, co zdawało się potwierdzać ich niewiedzę o ciąży i porodzie.

Zestresowana matka nie była w stanie racjonalnie wytłumaczyć nieobecności dwulatka, co błyskawicznie skutkowało zawiadomieniem organów ścigania. Sprawą zajęła się Prokuratura Rejonowa w Mińsku Mazowieckim, a Wiesława P. natychmiast trafiła do aresztu jako główna podejrzana o zniknięcie dziecka. W trakcie przesłuchań wielokrotnie konfabulowała, wymyślając historie o rzekomej sprzedaży chłopca przypadkowym osobom na ulicy lub wysłaniu go do Stanów Zjednoczonych. Ostatecznie jednak pękła i złożyła makabryczne wyjaśnienia. Przyznała wprost, że pozbawiła syna życia wyłącznie dlatego, że miała zbyt liczne potomstwo i bała się kolejnych wydatków. W szczegółach opowiedziała o przebiegu morderstwa.

- W 2004 roku wróciła do ośrodka w Otwocku i zabrała ze sobą Pawełka. Jechała autobusem z chłopczykiem na rękach. Kierowcy kazała zatrzymać się w pobliżu szpitala w Międzylesiu. Weszła między drzewa, założyła dziecku na główkę reklamówkę i owinęła ją wokół ciała – relacjonował dziennikarz Andrzej Woźniak. – Pawełek wierzgał nóżkami, płakał, ale końcu przestał się ruszać – to z kolei słowa Wiesławy, które miały paść podczas przesłuchania.

Zwłoki noworodka zniknęły w lesie. Łagodny wyrok dla dzieciobójczyni

Po uduszeniu chłopca zbrodniarka schowała jego bezwładne ciało do tej samej reklamówki, z którą wcześniej jechała autobusem, udając powrót z codziennych zakupów. Dotarła w ten sposób do rodzinnej miejscowości i bez żadnych skrupułów pogrzebała własne dziecko w niewielkim zagajniku. Ze względu na brak sił fizycznych zakopała zwłoki niezwykle płytko, co uniemożliwiło późniejsze odnalezienie jakichkolwiek śladów biologicznych. Mimo że podczas wizji lokalnej wskazała policjantom dokładne miejsce pochówku, szczątków nigdy nie odzyskano. W toku procesu sądowego uznano za najbardziej prawdopodobne, że grób został rozkopany przez żyjące tam dzikie zwierzęta.

- Zakopała nam wnusia, a głodne psy pewnie go zjadły. Nie możemy przeżyć tego, co zrobiła – mówiła zapłakana teściowa oskarżonej. – Ona ciągle narzekała, że ma za dużo dzieci. Córeczkę też by pewnie zabiła, gdyby ludzie się nie zainteresowali jej adopcją – dodawała mieszkanka Rudzienka, pani Stanisława, w rozmowie z „Super Expressem”.

Do dziś wiele aspektów tej bulwersującej zbrodni budzi ogromne wątpliwości społeczne. Niejasne pozostaje, w jaki sposób kobieta mogła ukryć dwie kolejne ciąże przed własnym mężem, z którym dzieliła łóżko w przepełnionym, ubogim domu. Trudno też pojąć ignorancję urzędników, którzy przez blisko dwadzieścia cztery miesiące nie zainteresowali się losem noworodka wydanego z placówki po wcześniejszym zrzeczeniu się praw. Internauci wielokrotnie wytykali błędy systemu oraz dziwili się łagodnemu traktowaniu domniemanej przemocy domowej, o której Wiesława wspominała na porodówce. Niewykluczone, że to właśnie te luki w nadzorze państwowym wpłynęły na ostateczny, stosunkowo łagodny wymiar kary.

Pierwsze rozstrzygnięcie w tej dramatycznej sprawie zapadło w maju 2008 roku, kiedy to siedlecki Sąd Okręgowy wymierzył oskarżonej karę dwunastu lat pozbawienia wolności za brutalne morderstwo. Obrońca dzieciobójczyni błyskawicznie złożył apelację, w wyniku której Sąd Apelacyjny w Lublinie zdecydował o całkowitym uchyleniu wyroku i konieczności ponownego zbadania akt. Ostateczna decyzja zapadła 22 czerwca 2012 roku, ponownie przed Sądem Okręgowym w Siedlcach, gdzie sędziowie utrzymali w mocy winę oskarżonej, ale nieoczekiwanie obniżyli jej karę do zaledwie dziesięciu lat więzienia. Morderczyni odbyła już w całości zasądzoną karę i od dłuższego czasu przebywa na wolności.

Pokój Zbrodni - Śledził i zabił nauczycielkę