Spis treści
- Bezdomni koczują na Polanie nad Wisłą
- Bezdomni przy moście Świętokrzyskim cenią sobie spokój w centrum Warszawy
- Nocne zbiórki na bulwarach wiślanych przynoszą bezdomnemu duże zyski
- Bezdomny Zbyszek napisał książkę kucharską, mieszkając w namiocie
- Zbyszek o wolności na ulicy i unikaniu ośrodków zamkniętych
- Codzienna rutyna bezdomnych z obozowiska w Warszawie
- Fundacja wspiera warszawskich bezdomnych jak świetlica
Bezdomni koczują na Polanie nad Wisłą
Ukryta przestrzeń przy rzece w rejonie mostu Świętokrzyskiego stanowi od kilkudziesięciu miesięcy dom dla sześciorga bezdomnych. Ta dzika osada funkcjonuje na obszarze podlegającym rygorystycznej ochronie w ramach programu Natura 2000. Z jednej strony lokatorzy mają bezpośredni dostęp do nurtu wiślanego, a z drugiej otacza ich tętniąca życiem metropolia ze swoimi lokalami gastronomicznymi, trasami rowerowymi oraz spacerowymi bulwarami. Dopełnieniem tego widoku jest zjawiskowy krajobraz centrum Warszawy.
i
− Dajemy radę. Jesteśmy tu już dwa lata − mówi Paweł (40 l.), który wychodzi z namiotu i przysiada na skrzynce. − Różni ludzie do nas przychodzili, zagadywali, czasem coś pomogli. Na co dzień korzystamy z jadłodajni albo z fundacji „Daj Herbatę”. Kolega łapie jakieś prace dorywcze. Wie pan, jak to jest. Człowiek kombinuje, żeby przeżyć − mówi.
Wyposażenie tych przenośnych schronień obejmuje głównie grube pledy, miękkie materace oraz przenośne palniki na gaz. Stanowi to absolutne minimum niezbędne, aby bezpiecznie doczekać kolejnego poranka.
− Najgorsza była ostatnia zima − przyznaje Paweł. − Mróz w namiocie potrafi człowieka wykończyć. Ale daliśmy radę. Mieliśmy kuchenki gazowe, trochę dogrzewaliśmy namiot. Rano wstawaliśmy, odpalaliśmy gaz, żeby się ogrzać i dopiero wychodziliśmy. Inaczej się nie dało − dodaje.
Bezdomni przy moście Świętokrzyskim cenią sobie spokój w centrum Warszawy
W jednym z namiotów mieszka też Agnieszka (41 l.). − Oprócz fundacji „Daj Herbatę” jest jeszcze „Serce Miasta”. Tylko dla kobiet. Tam chodzę − opowiada. − Można się wykąpać, zrobić pranie, ogarnąć się trochę jak człowiek. Dzisiaj na przykład będę tam farbowała włosy − tłumaczy z uśmiechem na twarzy. Drobiazg? − Niby tak, ale dla nas to naprawdę dużo znaczy − dodaje.
Lokalizacja wybrana przez tych ludzi charakteryzuje się zaskakującą wręcz ciszą.
− Policja przyjeżdża regularnie. Sprawdzają, czy ktoś nie zamarzł, czy wszystko w porządku. Spiszą PESEL i jadą dalej − mówi Agnieszka. − Straż miejska zimą przyjeżdżała codziennie, czasem nawet dwa razy dziennie. Teraz już rzadziej, bo zrobiło się cieplej − mówi dalej.
Kobieta w kryzysie bezdomności żyje od 15 lat. − Wie pan… nikt mi mieszkania tak po prostu nie da. Starałam się o lokal w 2015 roku. Jestem ze Śródmieścia. Ale nikt nie chciał mnie zatrudnić na umowę, żebym miała jakąkolwiek szansę na mieszkanie − tłumaczy. A jej historia zaczęła się od reprywatyzacji. − Pochodzę z kamienicy przy Noakowskiego 16. Reprywatyzowanej. Teraz są tam piękne apartamenty, stare przedwojenne mieszkania. Luksus. A ja wylądowałam tutaj − podsumowuje.
Nocne zbiórki na bulwarach wiślanych przynoszą bezdomnemu duże zyski
W dzień w obozowisku jest cicho. Część mieszkańców wychodzi do miasta, po jedzenie, do pracy dorywczej, do punktów pomocowych. − Jeśli ktoś naprawdę chce, to nawet będąc bezdomnym da sobie radę − mówi Paweł. − Nie będzie głodny. Trzeba tylko ruszyć się i coś robić − jak dodaje, sam zbiera puszki i butelki zwrotne.
− Na przykład na bulwarach. Ludzie wyrzucają je do kosza. W nocy potrafię zarobić nawet 300 zł. Idę tam na dwie, trzy godziny i zbieram − mówi.
Czasem jednak pomagają im też inni. − Mamy jednego pana, który nam pomaga. Sam kiedyś był bezdomny. Teraz przywozi nam jedzenie. Całe kartony słoików, gołąbki, flaki, różne rzeczy. Trzydzieści słoików potrafi nawet przywieźć. Starcza na tydzień − tłumaczy.
Bezdomny Zbyszek napisał książkę kucharską, mieszkając w namiocie
W obozowisku mieszka też Zbyszek (40 l.), który pokazuje swój namiot. W środku stoi turystyczna kuchenka, plastikowe skrzynki z jedzeniem i mała półka z przyprawami. − Napisałem książkę kucharską − mówi bez wahania. − Są tam przepisy, których się uczyłem przez lata. Trochę je zmieniłem, dopracowałem − dodaje z widoczną pewnością na twarzy.
Książka sprzedała się w ponad tysiącu egzemplarzy. − Ale… nie udało mi się wyjść z alkoholizmu. Poleciałem − jak przyznaje, teraz próbuje ograniczać. − Nie piję już tak, żeby się stoczyć. Czasem jakieś piwo się wypije. Był pomysł na drugą książkę, ale już nie wyszło − dodaje.
Z zawodu jest cukiernikiem. − Mam papiery, badania sanepidowskie. Dzięki fundacji je zrobiłem. Mógłbym pracować dalej − mówi.
Zdarza się, że pracuje dorywczo. − W niedzielę idziemy na przykład na ochronę meczu Legii. Postoimy kilka godzin, zawsze coś wpadnie. Czasem pomogę w Żabce rozłożyć towar. Raz ktoś mi załatwił robotę na parkingu przy Expo − wylicza. Ale powrót do normalnej pracy nie jest prosty.
− Praca to też dach nad głową. Pokój, mieszkanie, cokolwiek. A z namiotu ciężko rano wstać i iść normalnie do roboty − podsumowuje.
Zbyszek o wolności na ulicy i unikaniu ośrodków zamkniętych
Zbyszek mówi też o czymś, co w rozmowach z osobami w kryzysie bezdomności pojawia się często, o wolności. − Miałem propozycję leczenia zamkniętego. Po takim leczeniu pomagają z pracą i mieszkaniem. Znam ludzi, którym miasto pomogło. Ale wielu ucieka z takich miejsc − mówi.
Z jakiego powodu wybierają ulicę?
Najtrudniejszy jest jednak jeden czas w roku. − Najważniejsze to przeżyć zimę − mówi. Temperatura nad rzeką potrafi spaść do minus 25 stopni. − Przy minus pięciu to ja już w krótkim rękawku chodzę. Człowiek się przyzwyczaja. Hartuje − śmieje się Zbyszek.
Codzienna rutyna bezdomnych z obozowiska w Warszawie
Mieszkańcy obozowiska mają swoją codzienną rutynę. − My jesteśmy już tak zorganizowani, że wiemy, gdzie co załatwić. Gdzie zjeść, gdzie się umyć, gdzie zrobić pranie − mówi Zbyszek. Jeśli uda się coś zarobić, kupują gaz do kuchenki i gotują.
− Drewno się zbierze. Pranie robimy sami, bo już jest ciepło. Są też miejskie łaźnie. Od dziewiątej do dziewiętnastej można się wykąpać. Na pranie trzeba się zapisać w poniedziałek − dostaje się termin i godzinę − mówi dalej.
Fundacja wspiera warszawskich bezdomnych jak świetlica
Spora część mieszkańców obozu opiera się na pomocy fundacji „Daj Herbatę”.
− To miejsce działa trochę jak świetlica − mówi Anna, pracownik socjalny fundacji. − Jesteśmy otwarci od 9 do 14. Można tu przyjść nawet pod wpływem alkoholu, ale nie wolno tutaj pić. Osoby w kryzysie bezdomności mogą tu zjeść śniadanie i obiad, wykąpać się, zrobić pranie, poczytać książkę czy porozmawiać. Nie zmuszamy nikogo do opowiadania swojej historii. Jeśli ktoś potrzebuje głębszej pomocy, wtedy rozmawiamy − tłumaczy Anna.
Zdarza się, że społecznicy wyciągają kogoś ze skrajnego ubóstwa.
− Niedawno była u nas kobieta w ciąży. Ona i jej partner trafili do hostelu interwencyjnego. Partner szybko znalazł pracę jako ochroniarz. Teraz są w trakcie wynajmowania mieszkania − dodaje.
Pomimo wielkich niedogodności, dzikie obozowisko przy przeprawie Świętokrzyskiej to coś więcej niż wyłącznie strefa walki o byt. Placówka funkcjonuje jako środowisko, gdzie nawiązują się relacje i pojawiają się momenty radości. Zbyszek, Agnieszka i Paweł każdego dnia opanowują sztukę koegzystencji w swoim osobliwym gnieździe. Rozdzielają zadania, dają sobie oparcie i chwytają wszelkie chwile przypominające standardowe życie.
− Człowiek się uczy tak żyć − mówi Zbyszek.
Poza bitwą o pożywienie i ciepło, koczowisko jawi się jako enklawa spokoju, gdzie można po prostu trwać na własnych zasadach. Ukryci pod betonowym wiaduktem, zepchnięci na margines ludzie bez trudu odnajdują sens w najdrobniejszych detalach surowej codzienności między rzeką a miastem.