Spis treści
- Eksplozja w siedzibie wydawnictwa Magnum-X. Cezary S. odbezpieczył granat
- Katastrofa smoleńska w tle zabójstwa. Platforma Obywatelska wykluczała motyw polityczny
- Cezary S. prosił o przebaczenie rodzinę zamordowanego. Zaskakująca linia obrony
- Wyrok w głośnej sprawie morderstwa. Cezary S. spędzi w więzieniu 25 lat
W grudniu 2012 roku o dramatycznych wydarzeniach przy warszawskiej ulicy Grochowskiej informowały wszystkie krajowe media. 48-letni wówczas Cezary S. kierował wydawnictwem Magnum-X, publikującym magazyny o tematyce wojskowej i lotniczej. Tego feralnego 10 grudnia prezes, ubrany bardzo elegancko, zmierzał na spotkanie zarządu z teczką pełną dokumentów. Śledczy dowiedli później, że mężczyzna ukrył w niej również nóż oraz granat, choć on sam do końca próbował temu zaprzeczać. W redakcyjnym pomieszczeniu na szefa spółki czekali już wiceprezes Krzysztof Z., który był znanym lokalnie byłym radnym dzielnicy Targówek z list Prawa i Sprawiedliwości i ekspertem lotniczym, a także trzeci z członków zarządu, Andrzej U.
Eksplozja w siedzibie wydawnictwa Magnum-X. Cezary S. odbezpieczył granat
Z ustaleń prokuratury wynika, że głównym powodem tragicznego finału spotkania były poważne nieporozumienia finansowe między mężczyznami. W trakcie kłótni atmosfera stawała się coraz bardziej napięta, aż w pewnej chwili redakcją wstrząsnęła potężna eksplozja. Według śledczych Cezary S. celowo wyrwał zawleczkę z granatu, jednak zrobił to na tyle nieudolnie, że wybuch pozbawił go prawej dłoni, a liczne odłamki poraniły mu ciało. Ten potworny ból nie powstrzymał napastnika. Wpadł w furię, chwycił ostre narzędzie lewą ręką i wybiegł za Krzysztofem Z. na korytarz. Tam, na oczach zszokowanych pracowników, zadał uciekającemu wiceprezesowi aż 17 pchnięć nożem, a w całym zdarzeniu obrażenia odniósł również Andrzej U.
Po zdetonowaniu ładunku wybuchowego na terenie redakcji zapanowała absolutna panika. Część przerażonego personelu rzuciła się do ucieczki z budynku, podczas gdy inni pracownicy natychmiast zaalarmowali służby ratunkowe. Przybyli na miejsce medycy i funkcjonariusze policji od razu rozpoczęli walkę o życie rannych mężczyzn. Niestety, Krzysztof Z. zmarł w wyniku wykrwawienia jeszcze przed udzieleniem specjalistycznej pomocy, a obecny tam lekarz musiał oficjalnie stwierdzić jego zgon. Ratownikom udało się za to ustabilizować stan Andrzeja U., który mimo odniesienia bardzo poważnych obrażeń przeżył atak. Sam sprawca, Cezary S., w momencie przyjazdu karetki znajdował się na granicy życia i śmierci.
Dziennikarz „Super Expressu”, Mateusz Kobyłka, który wracał na łamach gazety do tych makabrycznych scen, wspominał, że szanse napastnika na dotarcie do szpitala wydawały się minimalne. „Jego obrażenia były koszmarne. Granat urwał mu dłoń, a odłamki poraniły ciało. Lekarze walczyli o jego życie przez wiele godzin, lecz w końcu udało im się ustabilizować jego stan” – zrelacjonował warszawski reporter oprawę tamtej interwencji medycznej. Dramat rozegrany w biurze na stołecznym Grochowie odbił się szerokim echem we wszystkich mediach, głęboko wstrząsając opinią publiczną w całym kraju.
Zamordowany Krzysztof Z. aktywnie uczestniczył w badaniu przyczyn katastrofy w Smoleńsku, co błyskawicznie podgrzało atmosferę w mediach. Politycy oraz liczni komentatorzy zaczęli natychmiast snuć teorie spiskowe, zastanawiając się, czy atak w wydawnictwie na pewno miał charakter czysto kryminalny. Zwracano uwagę na fakt, że śmierć tak kluczowego eksperta lotniczego mogła nie być tylko tragicznym zbiegiem okoliczności. Niektóre środowiska polityczne wprost sugerowały, że oba te dramatyczne wydarzenia są ze sobą w jakiś sposób powiązane.
Zaledwie dwa dni po eksplozji głos w sprawie zabrał były minister obrony narodowej. „Krzysztof Z. krytykował raporty komisji Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego oraz Jerzego Millera. To każe się bardziej zastanowić nad jego śmiercią. Za dużo tych samobójstw, śmierci wśród ludzi związanych z 10 kwietnia. Istnieje podejrzenie, że obok tego, co się naprawdę zdarzyło w Smoleńsku, toczy się jakaś upiorna gra, która ma na celu zdewastować polską scenę polityczną” – podkreślał publicznie Romuald Szeremietiew.
Katastrofa smoleńska w tle zabójstwa. Platforma Obywatelska wykluczała motyw polityczny
Głosy sugerujące spisek musiał na bieżąco kontrować ówczesny rzecznik sejmowego klubu Platformy Obywatelskiej, apelując o zachowanie zdrowego rozsądku. „Wiem, że ofiara wypowiadała się na temat tragedii smoleńskiej, ale nie miało to żadnego związku ze zbrodnią. Według prokuratury sprawa miała biznesowo-towarzyskie tło i tego się trzymajmy. Nie dajmy się zwariować. Absolutnie wykluczam jakikolwiek polityczny kontekst tej potwornej zbrodni” – argumentował Paweł Olszewski, próbując uciąć narastające w przestrzeni publicznej spekulacje.
Choć medialne spekulacje o politycznym mordzie brzmiały sensacyjnie, oficjalne śledztwo wykluczyło taki scenariusz. Prokuratorzy bezspornie ustalili, że Cezary S. po cichu wyprowadzał firmowe fundusze, a obaj wiceprezesi wezwali go na dywanik w celu ostatecznej konfrontacji. Krzysztof Z. i Andrzej U. postawili prezesowi konkretne zarzuty finansowe, domagając się natychmiastowych wyjaśnień. Wersję śledczych potwierdziły zeznania żony zamordowanego eksperta, która przyznała, że mąż dowiedział się wcześniej o nadużyciach. Przestępczy proceder opierał się na trzech firmach pośredniczących w druku magazynów, gdzie w zarządzie jednej z nich zasiadała partnerka oskarżonego, a kluczowe stanowiska zajmowali tam również obywatele Rosji i Ukrainy.
„Prokuratura dowodziła, że oskarżenia wspólników wyprowadziły Cezarego S. z równowagi. Mężczyzna wyjął wtedy z szafki granat i go zdetonował. Wybuch urwał mu dłoń, ranił też jego kolegów. Słabiej ranny Andrzej uciekł z pokoju. Za nim ruszył Krzysztof, ale Cezary dopadł go na korytarzu i zadał kilkanaście ciosów nożem” – przypominał „Super Express”, podsumowując szczegółowe ustalenia oskarżycieli w tej wstrząsającej sprawie.
Mimo przytłaczających dowodów, były prezes wydawnictwa uparcie odrzucał prokuratorskie zarzuty. Twierdził konsekwentnie, że to Krzysztof Z. zaatakował pierwszy, a on jedynie bronił własnego życia. Oskarżony przekonywał dodatkowo, że w ogóle nie wniósł ładunku wybuchowego do biura, zrzucając odpowiedzialność za eksplozję na pozostałych uczestników zebrania. Kiedy w styczniu 2014 roku sprawa wreszcie trafiła na wokandę, Cezary S. podtrzymał swoją wersję o braku winy i tłumaczył się głęboką amnezją, sugerując, że nie pamięta kluczowych momentów z powodu zażywania silnych medykamentów.
W trakcie procesu oskarżony posiłkował się wcześniej przygotowanym pismem. „Nie pamiętam dokładnie, co wydarzyło się 10 grudnia. Pamiętam tylko pojedyncze sceny. Pamiętam widok moich oberwanych palców, widok noża wbijanego mi w brzuch, bezgraniczny strach. Pamiętam, jak nachylał się nade mną policjant albo lekarz. Nie wiem jednak, ile w tym prawdy, a ile zasłyszanych od ludzi i mediów opisów, na ile wytworów mojej wyobraźni. Jestem ofiarą, a nie sprawcą zamachu” – odczytał na sali rozpraw Cezary S.
Cezary S. prosił o przebaczenie rodzinę zamordowanego. Zaskakująca linia obrony
Oskarżony nie kwestionował faktu, że użył noża przeciwko Krzysztofowi Z., jednak uparcie nazywał to odruchową reakcją na rzekomy atak ze strony zmarłego. W wygłaszanej przemowie ubolewał nad śmiercią swojego współpracownika, podkreślając, że ofiara była ojcem chrzestnym jego syna, a do obecnych na procesie bliskich zmarłego kierował prośby o litość. „Musiałem się bronić, naprawdę. Jest mi przerażająco źle i niewyobrażalnie przykro, że następstwem mojej nieświadomej reakcji obrony na bezpośredni atak na moją osobę, jest śmierć wspólnika i zarazem ojca chrzestnego mojego syna. Nie mogę znaleźć słów żalu i próśb o przebaczenie, które mógłbym skierować na ręce jego rodziny” – przemawiał na wokandzie i proponował założenie fundacji upamiętniającej zabitego wiceprezesa. „Nigdy nikogo nie chciałem zabić, ani nawet o tym nie myślałem. Jako ojciec czwórki wspaniałych dzieci, jako jedyne dziecko schorowanej mamy, nigdy nie wplątałbym się w żadną historię z materiałem wybuchowym, ryzykując pozbawienia swoich ukochanych bliskich ich ojca, syna i męża. Nigdy też nie podniósłbym ręki na swoich wspólników, również ojców i mężów, z którymi łączyło mnie ponad 20 lat wspólnej pracy. Jestem wnukiem i synem lekarzy. Mam wpojoną ponad wszystko ochronę życia ludzkiego, a nie jego zabieranie” – wywodził 48-latek.
Te wzniosłe deklaracje zostały całkowicie obalone przez twarde dowody zebrane w śledztwie. Ekspertyza pirotechniczna nie pozostawiła złudzeń, bezspornie wykazując, że ładunek wybuchowy zdetonował osobiście Cezary S., a nie jego współpracownicy. Dodatkowo zespół psychiatrów i psychologów orzekł, że chociaż sprawca w trakcie zadawania ciosów nożem znajdował się w stanie mocno ograniczonej poczytalności, to w momencie samej eksplozji kierował swoimi czynami w pełni świadomie. Biegli uznali, że to właśnie wybuch sprowokował późniejszy atak szału, dlatego mężczyzna mógł bez przeszkód odpowiadać karnie za wywołanie całej tej rzezi i rozumiał skutki swoich decyzji.
Z dziennikarskiego śledztwa reporterów tygodnika „Wprost” wynikało, że szef wydawnictwa dysponował na miejscu potężnymi zapasami broni i niewykluczone, że narzędzi zbrodni wcale nie przyniósł tego samego dnia. W trakcie przeszukania wyszło na jaw, że Cezary S. ukrył w biurowych meblach scyzoryk oraz dwa ostre noże. Z kolei w zamkniętej szafie pancernej śledczy odkryli prawdziwy magazyn militariów, zabezpieczając tam aż 186 sztuk ostrej amunicji, ładunki pirotechniczne oraz dwa treningowe granaty.
Dokładny przebieg tych sekund opisywała również publicystka Helena Kowalik, opierając się na aktach sprawy. „W opinii biegłych prawdopodobnie prezes wyjął zawleczkę przy swoim biurku, gdyż została ona znaleziona na klawiaturze jego komputera, i trzymając w prawej ręce odbezpieczony granat, a w lewej butelkę z alkoholem, podszedł do stolika. Pochylony nad tym stolikiem odchylił dźwignię zabezpieczającą zapalnik” – opisywała wówczas kulisy zamachu powszechnie znana dziennikarka kryminalna.
Wyrok w głośnej sprawie morderstwa. Cezary S. spędzi w więzieniu 25 lat
Sądowy finał tej wstrząsającej historii nastąpił wiosną 2015 roku. Adwokat oskarżonego do samego końca walczył o to, by wymiar sprawiedliwości oczyścił jego klienta z zarzutu próby zabójstwa przy użyciu ładunku wybuchowego. Obrońca postulował ponadto wymierzenie możliwie najniższej kary za sam atak z użyciem ostrza, argumentując to ogromnym szokiem i silnymi emocjami wywołanymi przez zdetonowany wcześniej ładunek, który przecież według prokuratury odpalił sam napastnik. Oskarżyciel publiczny pozostał jednak niewzruszony i zażądał dla mężczyzny wyroku ćwierć wieku za kratami.
Skład orzekający, w którym znalazła się między innymi była szefowa resortu sprawiedliwości Barbara Piwnik, musiał odbyć wyjątkowo długą naradę. Pojawiły się pewne różnice zdań co do kwalifikacji czynu i wymiaru kary, ale ostatecznie zapadł wyrok skazujący. „Materiał dowodowy w tej sprawie i opinie biegłych były bezsprzeczne. To oskarżony odpalił granat i zabił nożem Krzysztofa Z.” – argumentowała jednoznacznie sędzia Małgorzata Młodawska-Piaseczna. Z kolei adwokat Krzysztof Wąsowski, który w procesie reprezentował ocalałego Andrzeja U., w rozmowie z dziennikiem „Stołeczna” nie krył zdumienia całym zajściem. „To była niezwykła, szokująca sprawa. Nie spotkałem się wcześniej z tym, by jeden z trzech przyjaciół z liceum, którzy wspólnie założyli firmę, rozwiązywał swoje problemy w taki sposób” – podsumował prawnik, potwierdzając, że poszkodowany członek zarządu w pełni zaakceptował decyzję sądu.
Wymiar sprawiedliwości posłał byłego prezesa wydawnictwa Magnum-X na 25 lat do zakładu karnego, w pełni przychylając się do wniosków prokuratury. Oprócz tak surowej kary pozbawienia wolności skład orzekający nakazał również wypłacenie rekompensaty finansowej w wysokości 50 tysięcy złotych, która miała trafić bezpośrednio na konto żony zamordowanego wiceprezesa spółki.