Na pierwszy rzut oka wszystko w bloku przy Powązkowskiej wygląda zwyczajnie. Środkowa klatka schodowa była otwarta. Wokół cisza. Sporadyczny ruch mieszkańców. Część z nich powyjeżdżała do pracy. Jednak już po chwili dało się wyczuć coś, co wyraźnie nie pasowało do tego miejsca. Zapach nie był typowy dla zaniedbanego korytarza czy zalegających przy jednych drzwiach śmieci. Był ciężki, duszący, charakterystyczny dla rozkładającego się ciała i − jak mówią w rozmowie z reporterem „Super Expressu” mieszkańcy − powracał falami, szczególnie wtedy, gdy ktoś otwierał balkon albo uchylał okno.
Niepokojący zapach w bloku na Powązkowskiej
Na półpiętrze, tuż obok mieszkania, w którym później doszło do makabrycznego odkrycia, stały porzucone przedmioty: stare krzesło, drewniana skrzynka, worki ze śmieciami i doniczki z uschniętymi roślinami, które wyglądały, jakby nikt się nimi nie interesował od miesięcy.
− Ten zapach był dziwny, ale człowiek próbuje to sobie jakoś wytłumaczyć − mówi jedna z mieszkanek sąsiedniej klatki. − Najpierw myślałam, że to coś z kanalizacji albo że ktoś użył nawozu do kwiatów. Dopiero później zaczęło do nas docierać, że to może być coś znacznie poważniejszego − dodaje.
Mieszkańcy przyznają, że sygnały pojawiały się już wcześniej. Z mieszkania, w którym żyli dwaj bracia, dochodziły odgłosy kłótni, a relacje między nimi nie należały do spokojnych. Choć nie wszyscy znali ich bliżej, część mieszkańców kojarzyła jednego z nich, Romana. Mężczyzna pracował jako ochroniarz i często wracał o stałych porach, zamieniając kilka zdań z napotkanymi osobami.
− Z nim dało się normalnie porozmawiać, zawsze odpowiedział, zapytał co słychać − relacjonuje kobieta, którą spotykam pod blokiem. − Ale było słychać, że z bratem nie żyją w zgodzie. Może nie codziennie, ale napięcie było wyczuwalne − dodaje.
Z czasem jednak to nie hałasy, a zapach stał się głównym powodem niepokoju. Choć na samej klatce schodowej nie zawsze był wyczuwalny, intensyfikował się na zewnątrz budynku, szczególnie przy balkonach, co budziło coraz większe obawy sąsiadów.
− Wychodziłam na balkon i wtedy to czułam najmocniej − opowiada jedna z sąsiadek. − To nie było coś, co można zignorować. W pewnym momencie powiedziałam wprost: coś się musiało stać − podsumowuje.
Dramatyczna interwencja służb w Warszawie
Decyzja o wezwaniu służb zapadła, gdy zapach stał się nie do zniesienia. Na miejsce przyjechała policja, która próbowała skontaktować się z osobami przebywającymi w mieszkaniu. Wezwano również straż pożarną, która przygotowała sprzęt i rozpoczęła działania mające umożliwić wejście do lokalu przez balkon.
To właśnie w tym momencie sytuacja przybrała nagły i dramatyczny obrót. Z okna po przeciwnej stronie budynku wychylił się mężczyzna, który wyrzucił linę przez okno i podjął próbę zejścia na dół. Próba zakończyła się niestety tragicznie. Mężczyzna spadł z wysokości trzeciego piętra. Na miejscu rozpoczęto reanimację. Mimo szybkiej reakcji służb nie udało się go uratować.
Roman mieszkał z ciałem brata
Dopiero po tym zdarzeniu policjanci dostali się do mieszkania. W jego wnętrzu znaleziono drugie ciało. I to ono było źródłem intensywnego zapachu, który od dni niepokoił mieszkańców. Zwłoki znajdowały się w zaawansowanym stanie rozkładu.
Obaj mężczyźni byli braćmi i od lat mieszkali w tym lokalu, który przejęli po rodzicach. Śledczy nie wykluczają, że jeden z nich mógł przez dłuższy czas przebywać w mieszkaniu ze zwłokami drugiego, jednak na tym etapie postępowania szczegóły dotyczące przyczyn śmierci oraz przebiegu zdarzeń nie są jeszcze znane.
Sprawą zajmuje się policja pod nadzorem prokuratury, a funkcjonariusze zabezpieczają ślady i próbują odtworzyć dokładny przebieg wydarzeń.
Na ten moment śledczy nie wykluczają żadnej wersji wydarzeń, a ostateczną potwierdzą wyniki sekcji zwłok pierwszego z braci, która wedug naszych ustaleń ma odbyć się niezwłocznie ze względu na daleko posunięty rozkład ciała. Czekamy na komentarz prokuratury.
Źródło: Roman mieszkał z rozkładającym się ciałem brata. Kiedy pojawiły się służby, skoczył z okna i zginął