Tragedia na warszawskiej Woli. Zwłoki 67-letniej Ewy w mieszkaniu
Spokojne wtorkowe popołudnie na osiedlu przy ulicy Jana Olbrachta błyskawicznie zamieniło się w scenerię przypominającą mroczny thriller. Funkcjonariusze policji oraz ratownicy medyczni zostali pilnie wezwani do jednego z mieszkań usytuowanych na trzecim piętrze. Wewnątrz mundurowi natknęli się na martwą kobietę, a w lokalu przebywał również mężczyzna, który zamknął się od wewnątrz w łazience. Mieszkająca po sąsiedzku kobieta do teraz nie potrafi wymazać z pamięci przebiegu tamtej interwencji.
− Najpierw było słychać karetkę. Myślałam, że może do starszej pani z pierwszego piętra. Ale potem przyjechała policja. Uchylam drzwi, patrzę, gdzie to wszystko się dzieje i słyszę tylko: „Proszę otworzyć drzwi, policja!” − opowiada.
Dramat na Jana Olbrachta. Sąsiadka słyszała krzyki policjantów
Z każdą kolejną minutą sytuacja w bloku stawała się coraz bardziej napięta i niebezpieczna.
− Weszłam na półpiętro, wychyliłam się przez barierki i zaraz się wycofałam. On podobno zamknął się w łazience. Potem było słychać: „Proszę odłożyć nóż!”. To już w tej łazience było − mówi kobieta.
Bogdan zabarykadował się w łazience. Interwencja policji na Woli
Wkrótce na klatce schodowej zaroiło się od policyjnych posiłków, w tym funkcjonariuszy wyposażonych w specjalne tarcze ochronne.
− Po jakichś dziesięciu minutach zrobił się rumor. Tak tylko zza zasłonki patrzyłam. No i normalnie go sprowadzili. Położyli go na nosze, przywiązali pasami. Miał rozmazaną krew na twarzy i na ręce, chyba lewej, tak na wysokości przedramienia. Może chciał sobie żyły podciąć, nie wiadomo, co on tam robił w tej łazience − relacjonuje.
Jak informuje „Super Express”, z nieoficjalnych przecieków wynika, że zatrzymany przez służby mężczyzna mógł znajdować się pod wpływem alkoholu. Aby skutecznie go obezwładnić, mundurowi byli zmuszeni użyć gazu łzawiącego. Bogdan trafił pod opiekę lekarzy do szpitala, gdzie czeka na dalsze czynności procesowe i oficjalne zatrzymanie. Sąsiadka w rozmowie z mediami podkreśliła, że lokatorzy ci uchodzili dotychczas za niezwykle spokojne i unikające konfliktów małżeństwo.
− Nasza klatka zawsze była najspokojniejsza. Takich rzeczy tu nigdy nie było. Jeszcze się trzęsę − kończy kobieta.