30-kilogramowy kocioł zabił 18-letniego Dimę. Proces Grzegorza W. sparaliżowany przez jednego świadka

2026-07-16 16:56

Finał sprawy tragicznej śmierci 18-letniego Dymytra wciąż się oddala. Postępowanie w Sądzie Rejonowym Praga-Północ utknęło w martwym punkcie, ponieważ po raz kolejny na sali nie pojawił się kluczowy świadek: policjant. Zrzucenie 30-kilogramowego pieca z dachu przez robotnika zrujnowało życie całej rodziny, a obrona oskarżonego Grzegorza W. oraz prokurator zgodnie żądają bezwzględnego przesłuchania funkcjonariusza.

  • 18-letni Dymytro zmarł po uderzeniu kotłem gazowym zrzuconym z dachu remontowanego budynku.
  • Proces został ponownie odroczony, bo nie stawił się ostatni świadek - policjant.
  • Rodzina chłopaka mówi, że od dwóch lat czeka na sprawiedliwość i nie może pogodzić się ze stratą.

Do domu brakowało mu kilkudziesięciu metrów

30 lipca 2024 roku życie 18-letniego Dymytro zakończyło się w tragicznych okolicznościach. Nastolatek wracał z zakupów do domu przy ul. Kąty Grodziskie na warszawskiej Białołęce. Kiedy szedł chodnikiem wzdłuż bloku, z dachu spadł ważący około 30 kilogramów kocioł gazowy. Uderzył chłopaka prosto w głowę. Dymytro doznał rozległych obrażeń czaszki i mózgu. Lekarze przez kilka dni walczyli o jego życie, jednak w nocy z 7 na 8 sierpnia zmarł. Do ostatnich chwil przy jego łóżku czuwała mama.

Śledczy ustalili, że robotnik wykonujący prace remontowe nie zastosował się do zasad bezpieczeństwa. Zamiast znosić elementy przez klatkę schodową, miał zrzucić kocioł z dachu. To właśnie Grzegorz W. usłyszał zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci.

Proces utknął przez jednego świadka

Choć postępowanie sądowe zbliża się do końca, wyroku wciąż nie ma. Podczas kolejnej rozprawy ponownie zabrakło ostatniego świadka - policjanta Mariusza R.

Świadek przesłał do sądu informację, że przebywa na zwolnieniu lekarskim. Sędzia uznał jednak, że nie usprawiedliwił swojej nieobecności zgodnie z przepisami i nałożył na niego karę pieniężną. Jednocześnie podkreślił, że zarówno prokuratura, jak i obrona nadal domagają się jego bezpośredniego przesłuchania. Bez tego zakończenie procesu nie jest możliwe. Kolejny termin rozprawy wyznaczono na listopad.

„Od dwóch lat żyjemy w zawieszeniu”

Po rozprawie rozmawiamy z Tetianą, ciotką Dimy. To u niej mieszkał 18-latek po przyjeździe do Polski. Pracował, planował dalszą naukę i chciał związać swoją przyszłość z Warszawą.

- To już szósta rozprawa. Znowu wszystko się przeciąga. Minęły dwa lata od śmierci Dimy, a my nadal nie wiemy, kiedy zapadnie wyrok - mówi. Najbardziej boli ją świadomość, że życie biegnie dalej.

- Chcemy tylko sprawiedliwości. Tymczasem oskarżony normalnie funkcjonuje, spotyka się z rodziną i żyje swoim życiem. Mojego chrześniaka już nie ma.

Mama wciąż śni o synu

Rodzice Dimy pozostali w Ukrainie. Po śmierci jedynego syna ich życie całkowicie się zmieniło.

- Mama musiała odejść z pracy. Każdy młody chłopak przypominał jej Dimę. Dziś praktycznie nie wychodzi z domu - opowiada Tetiana. Ojciec codziennie wraca myślami do syna.

- Wieczorami siada w jego pokoju i rozmawia z nim. Dla nich Polska stała się symbolem największej tragedii, dlatego nie są w stanie tutaj wrócić.

Najbardziej poruszające są jednak wspomnienia matki.

- Przed rozpoczęciem roku szkolnego Dima przyśnił jej się i powiedział, że potrzebuje zeszytów oraz przyborów szkolnych. Mama kupiła je i zaniosła na jego grób.

Tetiana przyznaje, że rodzina od początku miała problem z odnalezieniem się w polskim wymiarze sprawiedliwości.

- Próbowałam uzyskać informacje o sprawie, ale niewiele udało mi się dowiedzieć. Sama czytam przepisy, próbuję zrozumieć procedury, ale przecież nie jestem prawnikiem.

Rodziny nie stać na adwokata.

- Chcieliśmy znaleźć pełnomocnika albo uzyskać pomoc z urzędu. Okazało się to bardzo trudne. Potrzebne były dokumenty z Ukrainy i Polski. Zostaliśmy z tym sami.

„Nigdy nas nie przeprosił”

Grzegorz W. przyznał się do winy. W trakcie procesu zapewniał, że każdego dnia myśli o tragedii i prosi rodzinę o wybaczenie. Tetiana twierdzi jednak, że bliscy Dimy nigdy nie usłyszeli tych słów bezpośrednio.

- Nawet kiedy rodzice przyjechali do Polski po śmierci syna, nie było żadnego kontaktu z jego strony. Zwykłe ludzkie „przepraszam” niczego by nie zmieniło, ale dla rodziców znaczyłoby naprawdę bardzo wiele.

Dziś rodzina czeka już tylko na jedno: zakończenie procesu i wyrok, który po dwóch latach pozwoli zamknąć najtrudniejszy rozdział w ich życiu.

Robotnik zrzucił 30-kg kocioł, który spadł na przechodnia. 18-letni Dymytro zmarł w szpitalu. "50 metrów i by żył"