Spis treści
Drzwi tramwaju w Warszawie zablokowały nogę 4-latka
Do zdarzenia doszło w okolicach godziny 11.40, gdy skład linii numer 18 poruszał się ulicą Jagiellońską w stronę pętli Żerań. Z końcowego członu pojazdu wychodziła starsza kobieta w towarzystwie czteroletniego wnuczka. Babcia stanęła na przystanku jako pierwsza, jednak w trakcie wychodzenia chłopca skrzydła drzwiowe gwałtownie się zatrzasnęły, blokując jego kończynę.
Zrozpaczona kobieta desperacko starała się pomóc uwięzionemu dziecku, gwałtownie uderzając w bok pojazdu alarmując kierowcę. Niestety maszyna ruszyła z miejsca, a czterolatek był wleczony po szynach przez znaczny dystans. Dziecko odniosło makabryczne rany i poniosło śmierć na miejscu, z kolei zszokowana babcia zemdlała tuż po całym zajściu.
W pierwszych dniach po zdarzeniu ciężko było jednoznacznie ustalić przyczyny tego przerażającego dramatu. Testy techniczne zrealizowane zaraz po wypadku udowodniły, że wszystkie systemy zabezpieczające w wagonie funkcjonowały bez żadnych zarzutów. Dokładnym badaniem wszelkich okoliczności zdarzenia natychmiast zajęły się odpowiednie organy śledcze.
Warszawski motorniczy rozmawiał przez telefon podczas jazdy
Na ławie oskarżonych zasiadł ostatecznie kierujący pojazdem Robert S. Prokuratura oskarżyła mężczyznę o złamanie kluczowych procedur bezpieczeństwa, używanie urządzenia mobilnego w trakcie wykonywania obowiązków służbowych, a także zbagatelizowanie kontroli sytuacji przy ostatnich drzwiach składu.
W toku postępowania sądowego ujawniono wstrząsające fakty dotyczące zachowania pracownika. Ustalono, że oskarżony przeznaczył zaledwie półtorej sekundy na sprawdzenie sytuacji przed opuszczeniem przystanku. Dodatkowo wyszło na jaw, że przed tragicznym momentem mężczyzna zrealizował aż czternaście rozmów telefonicznych, z których część trwała nawet po kilkadziesiąt minut.
17 lutego 2026 roku zapadł wyrok skazujący Roberta S. na osiemnaście miesięcy pozbawienia wolności. Sędzia wymierzył ponadto zakaz kierowania pojazdami na okres czterech lat oraz nakazał wypłatę rekompensaty finansowej dla bliskich ofiary. Śledczy oczekiwali wyroku sześciu lat więzienia, dlatego 30 kwietnia wniesiono apelację od zbyt łagodnej w ocenie prokuratury decyzji sądu.
Tego makabrycznego scenariusza z pewnością dało się w prosty sposób uniknąć. Wymiar sprawiedliwości udowodnił, że pracownik zignorował fundamentalne przepisy, nie monitorował otoczenia pojazdu i był zajęty konwersacją przez smartfon. Konsekwencje tego rażącego braku ostrożności okazały się śmiertelne dla czteroletniego Aleksandra, który zakończył swoje życie podczas rutynowego opuszczania komunikacji miejskiej.