Brutalne morderstwo nauczycielki. Sąsiedzi ujawniają: "Zawiodły służby. Od dawna jej groził"

2026-02-19 12:59

46-letnia Katarzyna zginęła od ciosów nożem we własnym domu. Jej były mąż, mimo sądowego zakazu zbliżania się, wielokrotnie jej groził. Koszmar trwał miesiącami, a finał okazał się tragiczny. Kobieta zmarła na miejscu, a sprawca sam zgłosił się na policję. Teraz na jaw wychodzą szokujące doniesienia o braku reakcji służb na wołanie o pomoc.

Do dramatycznych scen doszło we wtorkowe popołudnie, 9 grudnia 2025 roku. W podwarszawskim Ruścu (powiat pruszkowski) życie straciła 46-letnia Katarzyna. Kobieta padła ofiarą brutalnej napaści ze strony swojego byłego męża, 52-letniego Roberta K. Mężczyzna zadał jej śmiertelne ciosy nożem. Choć śledczy wciąż pracują nad wyjaśnieniem wszystkich okoliczności, wstępne ustalenia rzucają cień na działania organów ścigania. Wiele wskazuje na to, że tragedii można było zapobiec.

Służby zostały zaalarmowane przez 27-letniego syna pary. Młody mężczyzna był świadkiem tragicznego finału wieloletniego konfliktu rodziców. Zgłoszenie wpłynęło o godzinie 16:20. Niestety, przybyli na miejsce ratownicy nie byli w stanie pomóc poszkodowanej i stwierdzili zgon. Policjanci zatrzymali 52-latka w związku ze sprawą.

"To zgłoszenie wpłynęło o godzinie 16:20. Zespół ratownictwa medycznego stwierdził zgon 46-letniej kobiety na miejscu zdarzenia, a policjanci zatrzymali do sprawy 52-letniego mężczyznę" – potwierdził w rozmowie z „Super Expressem” sierżant sztabowy Paweł Chmura z zespołu prasowego komendy stołecznej policji.

Według nieoficjalnych doniesień, do ataku doszło w trakcie awantury. Scenerią dramatu był teren posesji, gdzie znajdował się dom oraz szkoła językowa prowadzona przez ofiarę. Sprawca zadał byłej żonie liczne rany kłute. Po dokonaniu zbrodni Robert K. uciekł, ale wolnością nie cieszył się długo. Mężczyzna sam zgłosił się do jednostki policji.

Złamanie sądowego zakazu i bezsilność sąsiadów

Choć małżeństwo było już formalnie zakończone, byli partnerzy mieszkali w tej samej miejscowości, zaledwie kilka kilometrów od siebie. Na 52-latku ciążył sądowy zakaz zbliżania się do kobiety, który tego dnia został drastycznie naruszony. Mieszkańcy Ruśca są wstrząśnięci śmiercią lubianej nauczycielki i społeczniczki. Sąsiedzi wspominają ją jako osobę niezwykle ciepłą i zaangażowaną w pomoc dzieciom.

"Taką porządną dziewczynę zabił, to jest po prostu szok. To jest wina rządu i policji. Teraz przyjechali, dopiero jak ją zamordował? Znam sprawę, bo moją wnuczkę angielskiego uczyła, tu prywatnie, właśnie w tym domu. Kasia uczyła też w szkole podstawowej, zajmowała się podopiecznymi z domu dziecka. Bardzo społecznie się udzielała" – wyliczał świadek.

Krwawa podróż sprawcy do komendy w Piasecznie

Początkowo organy ścigania wstrzymywały się od komentowania szczegółów. Dopiero z czasem ujawniono, że napastnik po ucieczce z miejsca zbrodni pokonał około 20 kilometrów. Zamiast do lokalnego komisariatu, udał się do Piaseczna. Nie jest jasne, co kierowało jego decyzją, ale ostatecznie zrezygnował z dalszej ucieczki. Podejrzany wszedł do budynku policji ubrudzony krwią.

"Rany te skutkowały jej zgonem na skutek wykrwawienia. Za zarzucane przestępstwo grozi kara dożywotniego pozbawienia wolności" – potwierdził prokurator Piotr Antoni Skiba.

Sąd niezwłocznie otrzymał wniosek o tymczasowe aresztowanie 52-latka. Z zeznań świadków wyłania się obraz narastającego konfliktu o podział majątku. Dzień przed morderstwem kobieta miała otrzymać wiadomość tekstową z zapowiedzią nadejścia oprawcy. Mimo zgłaszania gróźb karalnych, system ochrony ofiar zawiódł. Służby nie podjęły wystarczających działań, by zapewnić kobiecie bezpieczeństwo.

"Kasia średnio co tydzień była na policji i zgłaszała groźby. Nikt jej nie pomógł. Ta sprawa wymaga wyjaśnienia. On wysyłał wiadomości, w których jej groził. To było wręcz odliczanie dni do chwili, kiedy to zrobi" – zdradziła znajoma ofiary w rozmowie z dziennikarzami portalu „Wirtualna Polska”.

"Komendant stołeczny policji polecił sprawdzić, w jaki sposób były realizowane czynności związane z tymi zawiadomieniami przez jednostkę prowadzącą" – uciął inspektor Robert Szumiata z komendy stołecznej policji, pytany o sprawę przez reporterów tego samego serwisu.

Ignorowane sygnały ostrzegawcze i społeczne oburzenie

Kolejni świadkowie potwierdzają, że nękanie trwało od dłuższego czasu. Katarzyna K., ceniona pedagożka ucząca w szkole w Woli Krakowiańskiej, była powszechnie znana w lokalnej społeczności. Bierność funkcjonariuszy w obliczu realnego zagrożenia wywołała falę krytyki w internecie. Komenda stołeczna zareagowała na zarzuty wydaniem specjalnego komunikatu.

"Sytuacja z tym byłym mężem była nie od wczoraj. Dostawała od niego groźby, podobno miał zakaz zbliżania się do niej. Jeszcze w niedzielę, dzień przed tragedią, do niej pisał" – wyznała pani Ewa.

Wewnętrzna kontrola w szeregach policji

Decyzją Komendanta Stołecznego Policji wszczęto procedury kontrolne mające wyjaśnić działania podległych jednostek. Weryfikacji poddano pracę funkcjonariuszy z Nadarzyna oraz nadzór sprawowany przez komendę w Pruszkowie. Celem jest ustalenie, czy doszło do uchybień służbowych. Sprawdzany jest sposób realizacji wcześniejszych zgłoszeń ofiary.

"Komendant Stołeczny Policji natychmiast po zapoznaniu się z informacjami dotyczącymi przebiegu wydarzeń, poprzedzających zabójstwo 46-letniej mieszkanki miejscowości Rusiec, polecił wydziałowi kontroli KSP przeprowadzenie czynności kontrolnych" – przekazano w wiadomości opublikowanej w internecie.

Tragiczna śmierć Katarzyny stała się bolesnym dowodem na systemowe braki w ochronie ofiar przemocy domowej. Śledczy kontynuują gromadzenie materiału dowodowego, analizując motywy sprawcy oraz dokładny przebieg zdarzenia. Robertowi K. grozi najsurowszy wymiar kary. Za zabójstwo 52-latek może spędzić resztę życia w więzieniu.