Czekała na lekarza z umierającym dzieckiem w brzuchu. Michalinka zmarła

„Czekałam z umierającym dzieckiem w brzuchu kompletnie sama” − mówi kobieta, która trafiła karetką do Szpitala Południowego w Warszawie. Jak relacjonuje w rozmowie z Magdaleną Rigamonti dla Onetu, przez ponad trzy godziny miała czekać na badanie ginekologiczne. W tym czasie jej stan z minuty na minutę gwałtownie się pogarszał. Ostatecznie lekarze stwierdzili pęknięcie macicy, potężny krwotok wewnętrzny i konieczność natychmiastowej operacji. Niestety, jej córki Michalinki nie udało się już uratować.

Kobieta leżąca na łóżku szpitalnym podłączona do aparatury. O tragedii w warszawskim szpitalu przeczytasz na Eska Warszawa.
Autor: zdjęcie ilustracyjne/ Pixabay.com Szpital Południowy

Szczegóły tragedii przybliżyła na Onet.pl Magdalena Rigamonti. Do zdarzenia w Szpitalu Południowym doszło 21 czerwca. Ciężarna pacjentka w 22. tygodniu ciąży, wcześniej poczuła silny, narastający ból brzucha, który początkowo zignorowała, przypisując go problemom gastrycznym, z uwagi na brak krwawienia. Sytuacja diametralnie się zmieniła po wizycie u rodziców, gdzie nagle zemdlała, co skłoniło rodzinę do pilnego wezwania pomocy medycznej.

− Nie byłam w stanie dojść do karetki, bo każda próba pionizacji powodowała zawroty głowy, więc przewieźli mnie na noszach.

Sonda
Czy czujesz się bezpiecznie w polskich szpitalach?

Kobieta twierdzi, że już podczas transportu zgłaszała ratownikom trudności z oddychaniem i nudności, jednak jej objawy tłumaczono atakiem paniki i hiperwentylacją. Prawdziwy koszmar zaczął się jednak po dotarciu do placówki medycznej, gdzie na interwencję specjalisty musiała czekać w nieskończoność.

„Byłam kompletnie sama z umierającym dzieckiem”

W szpitalu ograniczono się do podstawowych procedur: pobrania krwi, EKG i podania kroplówki. Zabrakło natomiast kluczowego w ciąży badania KTG, które oceniłoby tętno płodu i aktywność skurczową macicy. Przerażona pacjentka nieustannie dopominała się o wizytę ginekologa, ale bez skutku.

− Co pół godziny przywoływałam machaniem ręką kogoś z personelu i pytałam, kiedy przyjdzie lekarz, bo bardzo boli mnie brzuch, a czekam już bardzo długo.

Personel miał zwlekać, tłumacząc to oczekiwaniem na wyniki analiz laboratoryjnych. Co gorsza, ojciec pacjentki, który dwukrotnie próbował dostarczyć na SOR kartę ciąży, został stamtąd wyrzucony.

− A ja z tym umierającym dzieckiem w brzuchu byłam kompletnie sama. I kiedy mówiłam, że boli mnie przeraźliwie, to nikt nie reagował.

Dokumentacja medyczna ujawniona przez kobietę portalowi Onet.pl dowodzi, że trafiła ona na SOR o godzinie 14:23. Specjalista ginekolog pojawił się u niej dopiero o 17:45 i wtedy wykonano jej badanie ultrasonograficzne.

− Pani ginekolog najpierw powiedziała: „Tętno dziecka jest niskie”. Dodała, że jej się to nie podoba. Było 90, a u takiego dziecka powinno być około 140, 150.

Krótko po tym badaniu lekarze zorientowali się, że sytuacja jest krytyczna – w jamie brzusznej znajdowała się krew.

Dramatyczna diagnoza: Pęknięta macica i krwotok wewnętrzny

Szybko postawiono diagnozę: pęknięcie macicy. Z uwagi na wcześniejszą interwencję chirurgiczną (usunięcie mięśniaków), stan pacjentki wymagał natychmiastowego cięcia.

− Zastanawiam się, dlaczego oceniali mój stan jako dobry, skoro w dokumentach też było napisane: „pacjentka nie jest w stanie o własnych siłach pójść do gabinetu USG”.

Podczas skomplikowanego zabiegu chirurdzy musieli operować w rejonie tylnej ściany macicy. Doszło do zagrażającej życiu utraty blisko trzech litrów krwi, z czego ponad dwa wylały się do jamy otrzewnej. Dzięki wysiłkom lekarzy macicę ocalono, jednak życie dziewczynki zgasło.

Dziecko przyszło na świat w 22. tygodniu, owinięte w worek owodniowy, który przemieścił się poza uszkodzoną macicę. Postępujące odklejanie się łożyska spowodowało nieodwracalny spadek tętna płodu.

− Przez dwie godziny zespół reanimacyjny walczył o moją córkę. Raz podjęła samodzielną próbę oddychania.

Niestety, Michalinka odeszła. Zrozpaczonej matce umożliwiono jednak krótki czas na pożegnanie z córeczką.

− Przynieśli mi ją. Była umyta, ubrana w czapeczkę, zawinięta w becik i wyglądała, jakby spała. Jestem wdzięczna, że mogłam się z nią pożegnać, pogłaskać jej buźkę.

„Chcę zwrócić uwagę na system opieki”

Po tragicznych wydarzeniach kobieta była hospitalizowana przez kilka dni. Została jej po tym rozległa blizna o długości 17 centymetrów, przypominająca o dramacie, którego doświadczyła w Szpitalu Południowym.

− Musieli się dostać do tylnej ściany macicy, aby ją zszyć i wypłukać jamę otrzewnej z ponad dwóch litrów krwi. W sumie straciłam około trzech. Miałam ponad 40 szwów.

Matka nie ukrywa, że rozważa podjęcie kroków prawnych. Myśli o zgłoszeniu sprawy do Rzecznika Praw Pacjenta oraz powiadomieniu prokuratury.

− Wiem, że nic już nie wywalczę, dziecka nie odzyskam, ale mam niezgodę na to, jak traktowane są kobiety ciężarne w szpitalach.

Zdaniem kobiety to przedłużające się oczekiwanie doprowadziło do najgorszego. Wspomina również, że to nie był jej pierwszy tego typu incydent w tym szpitalu – wcześniej, podczas innej wizyty w weekend, z bólami, też kazano jej zbyt długo czekać na interwencję specjalisty.

− Jednego dnia jesteś w ciąży, wybierasz ubranka dla dziecka, robisz na drutach czapeczkę, a drugiego okazuje się, że dziecka już nie ma.