Na Bemowie uśmiercono stado dzików
Na warszawskim Bemowie niespodziewanie pojawiła się locha w towarzystwie sześciu warchlaków. Zaniepokojeni świadkowie wezwali służby, które podjęły radykalną decyzję - całe stado zostało uśpione.
W internecie natychmiast wybuchła awantura. Głos zabrał także Łukasz Litewka. W swoim wpisie zwrócił uwagę na szokujący widok: zwierzęta zostały zabite na oczach ludzi, a następnie ich ciała wrzucono do kubłów na śmieci. Polityk podsumował, że choć sytuacja była trudna, to jednak takie rozwiązanie nie powinno mieć miejsca.
Polecany artykuł:
W sieci burza
Komentarze w sieci podzieliły internautów. Z jednej strony padały mocne oskarżenia o „bestialstwo”. . Z drugiej strony nie brakowało osób podkreślających, że locha broniąca swoich młodych to ogromne zagrożenie i w takich momentach bezpieczeństwo ludzi jest priorytetem. Wskazywano też, że winę za obecność dzików w miastach ponoszą sami ludzie, którzy dokarmiają dzikie zwierzęta lub nie zabezpieczają śmietników.
To nie pierwszy taki przypadek w stolicy. W marcu podobny los spotkał cztery lochy i dwanaście warchlaków przy ulicy Wolfkego. Mieszkańcy zareagowali emocjonalnie, zostawiając kartki przypominające nekrologi dla „dziczych ofiar”.
Wielu zadaje sobie pytanie, dlaczego dzików nie wywieziono po prostu do lasu. Na przeszkodzie stoją przepisy dotyczące afrykańskiego pomoru świń (ASF). Surowe obostrzenia sanitarno-weterynaryjne zakazują relokacji tych zwierząt. Oznacza to, że każdy dzik stwarzający zagrożenie na terenie zabudowanym musi zostać uśmiercony, bo nie ma innej drogi jego usunięcia.
Polecany artykuł:
Ratusz: Wszystko odbyło się zgodnie z procedurami
Władze Warszawy stanowczo bronią swoich działań, podkreślając brak alternatywy.
"Dla nas najważniejsze jest bezpieczeństwo ludzi. Wszystko odbyło się zgodnie z procedurami. Zagrożenie ze strony dzików z roku na rok wzrasta. Kiedyś w ogólne nie było przypadków pogryzień przez dziki. Dziś dochodzi do nich coraz częściej. Do 2023 roku nie odnotowaliśmy żadnego zgłoszenia o atakach dzików na ludzi. W ubiegłym roku otrzymaliśmy 121 zgłoszeń o ataku dzików na ludzi, część z nich kończyła się w szpitalu. W tym roku już 2 osoby zostały przez dziki pogryzione. W tym przypadku to nie tylko rana, ale też narażenie na zakażenie wścieklizną - chorobą śmiertelną dla człowieka"
– wyjaśnia Magdalena Młochowska, Dyrektor Koordynator ds. zielonej Warszawy.
Urzędnicy odnieśli się także do kontrowersyjnego zdjęcia, na którym widać martwego dzika wrzucanego do pojemnika.
"To nie jest pojemnik na śmieci. Uśpiony dzik musi być transportowany w szczelnych warunkach. By włożyć 50-kilogramowe zwierzę do worka, potrzeba kilka osób, a transport w pojemniku na kółkach jest najwygodniejszy"
– dowiadujemy się w warszawskim ratuszu.
Rośnie liczba incydentów
Statystyki warszawskiego ratusza nie pozostawiają złudzeń - problem z dzikami eskaluje. W 2025 roku zgłoszono 121 ataków na ludzi i 29 na psy. Porównując to z rokiem 2024 (59 ataków na ludzi i 13 na psy), liczba niebezpiecznych incydentów z udziałem tych zwierząt drastycznie wzrosła.
Do najgroźniejszych zdarzeń należy atak lochy na Gocławku, po którym ranna kobieta trafiła do szpitala. Niebezpiecznie było też w Wawrze i na Białołęce. Początek 2026 roku również przyniósł kolejne ofiary - na osiedlu Arbuzowa kobieta została pogryziona w nogę, a inna poszkodowana po ataku przy Muzeum w Wilanowie musiała szukać pomocy na SOR-ze.
Równolegle drastycznie wzrosła liczba samych zgłoszeń o obecności dzików – w 2020 roku było ich 432, a pięć lat później już 8804. Urzędnicy alarmują, że tak szybki wzrost populacji tych zwierząt w mieście przekłada się na realne niebezpieczeństwo dla warszawiaków.