Fałszywe alarmy bombowe to nie zabawa. Policja zatrzymuje nastoletnich sprawców

Wykonanie jednego połączenia telefonicznego wystarczy, by sparaliżować funkcjonowanie placówki edukacyjnej, wezwać na miejsce mundurowych oraz zaangażować ratowników medycznych. Wielu młodych ludzi traktuje to jako niewinny dowcip lub metodę na wywołanie zamieszania w swoim otoczeniu. Analiza zdarzeń z ostatnich dwóch dekad dowodzi jednak, że takie „żarty” nieuchronnie prowadzą do szybkiego ujęcia sprawców i finału na sali rozpraw. Ekspert w wywiadzie dla „Super Expressu” ostrzega, że tego typu działania błyskawicznie stają się wiralami, powielając mechanizmy znane z innych szkodliwych wyzwań.

Plecy policjanta w mundurze pirotechnika. Na wstawce obok dr Mateusz Grzesiak. O alarmach bombowych czytaj w Eska Warszawa.
Autor: Bernard Hołdys/DasAgency, Style Hartwig & Policja/ Materiały prasowe

Co kilkanaście tygodni media obiega bliźniaczo podobny komunikat. Ktoś dzwoni i przekazuje informacje o ładunku wybuchowym podłożonym w placówce edukacyjnej, urzędzie administracji publicznej czy prywatnym domu. Na wskazany adres natychmiast ruszają patrole policyjne oraz wyspecjalizowane jednostki pirotechniczne. Odbywa się pełna ewakuacja ludzi przebywających wewnątrz. Po dokładnym przeszukaniu terenu zawsze okazuje się, że żadnego niebezpieczeństwa nie było, a modyfikacji ulegają jedynie lokalizacje oraz wiek zatrzymanych później żartownisiów.

Fałszywe alarmy bombowe w szkołach. Ten sam scenariusz od lat

W 2006 roku szesnastolatek z okolic Lubania postanowił zażądać pieniędzy pod groźbą wysadzenia ładunku wybuchowego. Funkcjonariuszom błyskawicznie udało się namierzyć chłopaka. W tamtym okresie mundurowi zatrzymywali również wielu innych nieletnich, którzy dopuszczali się identycznych czynów i bezpodstawnych gróźb.

Z biegiem lat analogiczne sytuacje wciąż się powtarzały. W Ostródzie dwójka nastolatków w wieku czternastu i piętnastu lat poinformowała służby o rzekomej bombie na terenie lokalnego gimnazjum. Z budynku wyprowadzono ponad pół tysiąca osób. Sprawcy tłumaczyli później, że zrobili to z powodu zakładu „o przekonanie”, pragnąc jedynie uniknąć zajęć lekcyjnych. Nastolatkowi wierzyli, że incydent nie przyniesie im żadnych poważniejszych problemów.

Kolejny głośny przypadek miał miejsce w 2015 roku, gdy osiemnastoletni uczeń skontaktował się z numerem alarmowym, korzystając z urządzenia swojej koleżanki, by zgłosić fałszywe zagrożenie w liceum ogólnokształcącym w Bodzentynie. Nastolatek nie wypierał się zarzucanych mu czynów i w efekcie sąd wymierzył mu karę ośmiu miesięcy prac na cele społeczne.

W tym samym okresie dziewięcioletni chłopiec z Żywca postanowił wybrać na klawiaturze numer 112 i opowiedzieć zmyśloną historię o bombie. Efektem jego działania była przymusowa ewakuacja około 1200 pracowników i petentów ze Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach. Dziecko tłumaczyło później swoje zachowanie chęcią pogrania w piłkę. Wpadł na ten pomysł, ponieważ wcześniej jego szkoła doświadczyła podobnego zgłoszenia, co skutkowało kilkugodzinną przerwą w nauce.

Z kolei w 2018 roku dziesięcioletnia dziewczynka zawiadomiła operatorów numeru 112 o nieistniejącym ładunku wybuchowym w jej własnym domu. Była święcie przekonana, że brak karty SIM w telefonie zagwarantuje jej pełną anonimowość. Prawda okazała się jednak zupełnie inna. Stróże prawa w krótkim czasie zidentyfikowali autorkę połączenia, a finał tej sprawy rozegrał się przed obliczem sądu rodzinnego.

Identyczny finał miała sprawa z 2025 roku. Dwie trzynastolatki musiały stanąć przed sądem rodzinnym po tym, jak wywołały fałszywy alarm bombowy w jednej ze szkół podstawowych. Przedstawiciele policji stanowczo zaznaczali wówczas, że takie incydenty wymuszają interwencję wielu jednostek ratunkowych, co może skutkować opóźnieniami w niesieniu pomocy osobom, których życie i zdrowie są realnie zagrożone.

Czy fałszywe alarmy bombowe to nowy trend na TikToku?

Identyczne zakończenie miało zdarzenie z początków lipca 2026 roku. Stołeczni policjanci niezwykle sprawnie udowodnili, że za zmyślonym komunikatem o podłożeniu bomby w jednym z biurowców na Woli stała czternastolatka mieszkająca na terenie województwa wielkopolskiego. Mundurowi po raz kolejny przypomnieli, że poczucie bezkarności w przypadku takich przestępstw jest całkowicie złudne.

Opisane sytuacje absolutnie nie należą do wyjątków. W przestrzeni publicznej rodzi się zatem uzasadniona obawa, czy takie czyny nie stają się nową, niebezpieczną modą wśród internautów.

Według dr. Mateusza Grzesiaka, psychologa oraz wykładowcy związanego z Akademią WSB, taka hipoteza jest wysoce prawdopodobna z punktu widzenia nauk o zachowaniu.

W rozmowie z „Super Expressem” ekspert wyjaśnia: „Tak, taki scenariusz jest psychologicznie prawdopodobny. Nastolatek, który widzi w sieci nagranie z ewakuacji szkoły wywołanej fałszywym alarmem, otrzymuje gotowy skrypt zachowania razem z informacją o jego skuteczności. Jeden telefon zatrzymuje pracę całej instytucji, a to daje poczucie sprawczości, którego młody człowiek często nie doświadcza nigdzie indziej. Challenge nie musi być formalnie ogłoszony, wystarczy seria naśladowanych zachowań, które algorytmy nagradzają zasięgami”.

Doświadczony psycholog wyraźnie akcentuje, że małoletni zazwyczaj zdają sobie sprawę z potencjalnych kar, lecz w ferworze wydarzeń całkowicie je ignorują.

„Częściej bagatelizują niż nie wiedzą. Nastolatek zapytany wprost zwykle potrafi wymienić możliwe skutki, ale wiedza deklaratywna nie przekłada się na decyzje podejmowane pod wpływem emocji i obecności rówieśników. W psychologii opisuje się to jako rozjazd między zimnym a gorącym poznaniem: na spokojnie oceniam ryzyko trafnie, w sytuacji pobudzenia oceniam je błędnie. Dochodzi do tego złudzenie anonimowości w sieci i przekonanie, że konsekwencje dotyczą innych, nie mnie” – dodaje dr Mateusz Grzesiak dla „Super Expressu”.

Dr Mateusz Grzesiak o roli mediów w promowaniu niebezpiecznych wyzwań

Ekspert zauważa, że identyczne reguły kierują popularyzacją innych ryzykownych wyzwań, takich jak chociażby wspinanie się na wagony kolejowe, czyli tak zwany trainsurfing.

Wypowiadając się dla „Super Expressu”, mówi wprost: „Tu nakładają się na siebie mechanizmy z poprzednich odpowiedzi plus dodatkowy element: poszukiwanie doznań. Część nastolatków ma podwyższone zapotrzebowanie na silne bodźce, a jazda na dachu pociągu dostarcza ich w stopniu, którego nie da żadna gra. Nagranie z takiego wyczynu łączy adrenalinę z natychmiastową nagrodą społeczną”, stanowczo podkreślając, że przestrzeń wirtualna potęguje i drastycznie przyspiesza proces kopiowania cudzych zachowań.

„Naśladownictwo opiera się na modelowaniu: obserwuję zachowanie, widzę nagrodę, powtarzam. W Internecie ten proces jest przyspieszony, bo nagroda w postaci zasięgów jest widoczna publicznie i natychmiast” – tłumaczy dalej wykładowca, dając jednocześnie do zrozumienia, że sama publikacja informacji o tego typu zdarzeniach nie stanowi błędu sztuki dziennikarskiej.

Kluczowa jest jednak forma przekazu medialnego. Zjawisko to analizuje dr Grzesiak: „Rzetelna informacja pełni funkcję ostrzegawczą, ale sensacyjne relacjonowanie, pokazywanie sprawcy i skali zamieszania działa jak instrukcja z dowodem skuteczności”.

Jak ustrzec dzieci przed zagrożeniami z sieci? Porady psychologa

Specjalista jednoznacznie stwierdza, że fundamentem jest dialog z potomkiem, jednak należy unikać formy jednostronnego moralizowania. Dla portalu „Super Express” podsumowuje to słowami: „W rozmowie nie sprawdza się zakaz ani wykład. Skuteczniejsza jest ciekawość: pytanie, co dziecko ogląda, kogo obserwuje i co je w tym pociąga, zadane bez oceniania. Opiekun wpadający w histerię uczy jedynie tego, w jaki sposób sprytniej ukrywać swoje poczynania”.

Wydarzenia z minionych dekad udowadniają jeden niezaprzeczalny fakt. Bez względu na to, czy autor telefonu z pogróżkami ma lat 9, 10, 14 czy może 18, organy ścigania niemal zawsze błyskawicznie odkrywają prawdę. Zmyślone zgłoszenie nigdy nie pozostaje wyłącznie niewinną rozrywką. Wymaga natychmiastowej reakcji służb państwowych, generuje olbrzymie straty finansowe i bezpośrednio sprawia, że osoby rzeczywiście walczące o życie muszą czekać na przyjazd karetki czy wozu strażackiego znacznie dłużej.