"K...a, to nasi". Gorący finał procesu po tragedii na Trasie Łazienkowskiej

2026-07-13 12:13

Przed Sądem Rejonowym dla Warszawy-Śródmieścia dobiega końca proces Łukasza Żaka, oskarżonego o doprowadzenie do dramatycznego wypadku na Trasie Łazienkowskiej. W poniedziałek, przed planowanymi mowami końcowymi, sąd wysłuchał zeznań znajomych oskarżonego. Relacjonowali oni pierwsze chwile po zderzeniu oraz swoje zachowanie w miejscu, w którym zginął 37-letni mężczyzna.

Wypadek na Trasie Łazienkowskiej. Biegli o pędzącym samochodzie

Sprawa karna toczy się przed sądem od czerwca 2025 roku. Obok głównego oskarżonego, Łukasza Żaka, na ławie zasiadło też sześcioro jego kompanów. Śledczy zarzucili im między innymi zacieranie śladów oraz ułatwienie sprawcy oddalenia się z miejsca zdarzenia. Ekspertyzy biegłych wykazały, że oskarżony pędził Volkswagenem z zawrotną prędkością około 226 km/h w strefie, gdzie limit wynosił 80 km/h. Dodatkowo śledztwo ujawniło, że kierowca mógł znajdować się pod wpływem alkoholu, a całą szaleńczą jazdę rejestrował za pomocą telefonu komórkowego.

Tragiczny finał tego pędu to śmierć 37-letniego pasażera podróżującego Fordem. Jego żona oraz dwójka dzieci odniosły w wypadku bardzo poważne obrażenia.

Damian J. zeznaje: Nie wiedziałem, kto prowadził auto

Podczas poniedziałkowej rozprawy (13 lipca) swoje zeznania złożył Damian J., który jechał innym pojazdem w towarzystwie znajomych oskarżonego. Przed obliczem sądu zarzekał się, że opuszczając klub, nie zwrócił najmniejszej uwagi na to, kto usiadł za kierownicą rozpędzonego Volkswagena.

- Nie wiedziałem, kto jest kierowcą. Byliśmy rozłożeni na dwa samochody. Nasz samochód znajdował się z tyłu. Nie mam pojęcia, kto wsiadał do tamtego auta i kto był za kierownicą - zeznał.

Tłumaczył również, że ze swojej perspektywy w aucie jadącym z tyłu nie dostrzegł samego momentu tragicznego uderzenia.

- Dopiero kiedy dojechaliśmy na miejsce, zorientowaliśmy się, że to samochód, który znamy. Krzyknąłem: "K...a, to nasi". Dlatego się zatrzymaliśmy - powiedział na sali.

Oskarżeni w sprawie Łukasza Żaka opowiadają o chaosie

Z relacji Damiana J. wynikało, że na miejscu tragedii bardzo szybko zaczęli zatrzymywać się świadkowie zdarzenia.

- Samochodów zatrzymywało się dużo. Ludzie przechodzili przez barierki. Wszyscy próbowali zorientować się, co się dzieje. Panował straszny chaos. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego na własne oczy - mówił.

Jak podkreślał świadek, najpierw starano się ustalić, czy służby ratunkowe zostały już powiadomione o zdarzeniu.

- Krzyczeliśmy, czy służby są już wezwane. Jeden z mężczyzn powiedział, że jest na połączeniu i pomoc jedzie - zeznawał.

Damian J. tłumaczył przed sądem, że z powodu rozładowanego telefonu komórkowego nie mógł osobiście zadzwonić na numer alarmowy. Relacjonował, że po dobiegnięciu do wraków w pierwszej kolejności szukał swoich towarzyszy, a dopiero potem zainteresował się pasażerami Forda.

- Ludzie mówili, że w środku są dzieci. Może zadziałał instynkt rodzicielski. Kilkukrotnie pytałem tylko o dzieci - powiedział. - Zdjąłem z siebie kamizelkę i przykryłem ją. Powiedziałem też, żeby jej nie przenosić, bo bałem się urazu kręgosłupa. Uważałem, że tyle mogłem zrobić.

Świadek stanowczo zaprzeczył też, jakoby miał widzieć Łukasza Żaka opuszczającego fotel kierowcy po wypadku.

Adam K. o ucieczce sprawcy wypadku na Trasie Łazienkowskiej

Kolejnym przesłuchanym był Adam K., który na sali rozpraw stanowczo odrzucił słowa jednego ze świadków, Sary, o rzekomym budowaniu przez niego alibi po wypadku.

- Jeśli chodzi o zeznania Sary, że próbowałem sobie zapewnić alibi, jest to kłamstwo - powiedział.

W jaki sposób wyjaśniał swój postój na stacji paliw krótko po zdarzeniu?

- Musiałem zjechać na stację, bo w samochodzie paliła się rezerwa - tłumaczył.

Adam K. przekonywał wymiar sprawiedliwości, że nie miał najmniejszego zamiaru ułatwiać ucieczki sprawcy i działał pod wpływem silnych nerwów.

- Nie miałem zamiaru świadomie pomagać komukolwiek. Byłem pod wpływem ekstremalnego stresu. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego wypadku drogowego, w którym uczestniczyli moi znajomi. Nie było moim zamiarem pozostawić kogokolwiek bez pomocy ani pomagać komukolwiek w ucieczce - zeznawał.

Łukasz Ż. opuścił areszt w Warszawie. Nowe informacje ws. wypadku na Trasie Łazienkowskiej