Spis treści
- Kot w grobowcu na cmentarzu w Radomiu. Zwierzę chowało się za trumnami
- Otwarcie grobu w Radomiu wymagało zgody rodziny i udziału sanepidu
- Trudna akcja ratunkowa na Firleju. Pomogła dopiero żywołapka
- Szczęśliwy finał akcji na cmentarzu w Radomiu. Kot trafił do weterynarza
- Właścicielka grobowca w Radomiu przeżyła ogromny stres
Kot w grobowcu na cmentarzu w Radomiu. Zwierzę chowało się za trumnami
Ta niecodzienna sytuacja przyciągnęła uwagę osób odwiedzających nekropolię. Wszystko zaczęło się w niedzielę, 1 listopada, kiedy z wnętrza jednego z rodzinnych grobowców zaczęły dobiegać odgłosy zwierzęcia.
Na początku zlokalizowanie źródła miauczenia sprawiało spory problem. Dokładniejsze oględziny potwierdziły jednak, że kot utknął bezpośrednio pod ciężką płytą nagrobną, w środku mogiły.
Czworonóg zaszył się w bardzo trudno dostępnym punkcie. Ukrywał się bezpośrednio za trumnami i zupełnie ignorował wszelkie próby wywabienia go na powierzchnię.
Okoliczności, w jakich kociak znalazł się pod ziemią, pozostają tajemnicą, a obsługa nekropolii nie pamięta podobnego zdarzenia z przeszłości. Niewykluczone, że czworonóg wskoczył tam podczas wcześniej prowadzonych robót. Szybko wyszło jednak na jaw, że samo odsunięcie nagrobnej płyty nie rozwiąże problemu, gdyż spłoszony zwierzak zamiast wyjść, uciekał coraz głębiej w swoją kryjówkę.
Otwarcie grobu w Radomiu wymagało zgody rodziny i udziału sanepidu
Zanim przystąpiono do właściwej akcji, niezbędne było uzyskanie formalnej zgody od dysponenta mogiły. O sprawie zaalarmowano także sanepid oraz wykonano wszystkie narzucone przepisami procedury sanitarne.
Pierwsze odsunięcie płyty nagrobnej miało miejsce jeszcze w niedzielę. Choć zwierzę otrzymało wtedy swobodną drogę ucieczki, nie zdecydowało się z niej skorzystać i nadal tkwiło w ukryciu za trumnami.
Kolejne podejście zorganizowano w poniedziałek, 2 listopada. Wówczas na miejscu pojawili się również pracownicy sanepidu, ale mimo ponownego otwarcia grobu kota znów nie udało się złapać.
Trudna akcja ratunkowa na Firleju. Pomogła dopiero żywołapka
Główną przeszkodą w działaniach okazała się sama architektura podziemnej komory. Mogiła jest bardzo głęboka i posiada kilka kondygnacji przedzielonych deskami, co sprawiało, że kot swobodnie przemykał między zakamarkami niedostępnymi dla człowieka.
Wszelkie próby bezpośredniego sięgnięcia po czworonoga skutkowały tym, że uciekał on w jeszcze głębsze partie grobu. Dalsze działanie w ten sposób groziło dodatkowym stresem lub nawet okaleczeniem zwierzęcia.
W tej sytuacji zapadła decyzja o użyciu specjalnej klatki, czyli żywołapki. Posiada ona mechanizm, który automatycznie blokuje wyjście, gdy zwierzak wejdzie do środka, co pozwala na bezpieczne odłowienie kota bez użycia siły i robienia mu krzywdy.
Szczęśliwy finał akcji na cmentarzu w Radomiu. Kot trafił do weterynarza
Decydujący moment nastąpił we wtorkowy poranek, 3 listopada. Dokładnie po trzech dniach od pierwszego sygnału kociaka bezpiecznie wyciągnięto na powierzchnię.
Oswobodzonemu czworonogowi nie groziło już dalsze zamknięcie bez dostępu do jedzenia i picia. Po akcji zwierzę od razu przekazano w ręce lekarza weterynarii, którego zadaniem było zbadanie jego kondycji zdrowotnej.
Właścicielka grobowca w Radomiu przeżyła ogromny stres
Choć ratowanie życia zwierzęcia było priorytetem, całe przedsięwzięcie okazało się ogromnym stresem dla bliskich osób pochowanych w tym miejscu. W rozmowie z dziennikarzami serwisu tvpwarszawa.pl Elżbieta Kołtun, córka zmarłych i zarazem dysponentka mogiły, nie kryła swojego wzburzenia, zwracając uwagę na wcześniejsze zniszczenia pomnika oraz naruszenie wiecznego spokoju jej rodziny.
Konieczność otwierania podziemnej komory w asyście służb oraz obsługi nekropolii stanowiła dla krewnych bardzo trudne przeżycie. Z drugiej strony bez zielonego światła od rodziny przeprowadzenie całej akcji byłoby niemożliwe.
Gdy kociak znalazł się już na zewnątrz, pracownicy musieli na nowo zabezpieczyć otwarty grób i dokładnie zamknąć płytę nagrobną.