- 67-latek został ciężko ranny po kopnięciu przez klacz w stajni pod Seroczynem
- W wyniku uderzenia stracił oko, siedem zębów oraz doznał złamania szczęki i piszczela
- Poszkodowany przyznaje, że zlekceważył podstawową zasadę bezpieczeństwa przy pracy z końmi
Chciał pomóc klaczy odpędzić muchy
Pan Stanisław K. z Węgrowa od lat pomagał bratu przy opiece nad końmi. Regularnie doglądał zwierząt, nosił siano i sprzątał boksy. Nic nie zapowiadało, że zwykła wizyta w stajni zakończy się tak dramatycznie.
Podczas majowego popołudnia pomagał swojemu bratu, Sylwestrowi K., właścicielowi kilku koni. Gdy wszedł do boksu 11-letniej klaczy Klary, zauważył, że zwierzę jest atakowane przez duże końskie muchy. Chcąc jej pomóc, sięgnął po łapkę na owady i uderzył w muchę siedzącą na zadzie konia.
Jedno kopnięcie wystarczyło
- Wtedy wydarzyła się tragedia. Klara rąbnęła mnie z kopyta w twarz, a z drugiego w nogę - opowiada portalowi se.pl pan Stanisław K. - Szczęście, że zdążyłem odskoczyć, bo kobyłka zaczęła skakać w miejscu i gdybym padł obok, mogłaby mnie rozdeptać.
Krzyki usłyszał brat mężczyzny. Kiedy wbiegł do stajni, zobaczył Stanisława klęczącego na ziemi. Był cały we krwi.
- Brat trafił do szpitala, po drodze wiele razy tracił przytomność - wspomina pan Sylwester K. - Po opatrzeniu i zszyciu ran okazało się, że Stachu stracił siedem zębów, lewe oko, miał pękniętą szczękę i pęknięty piszczel lewej nogi. Całe szczęście, że ta historia tak się skończyła, bo Stasiek mógł przecież stracić życie.
Dziś ostrzega innych
Od kilku tygodni 67-latek przechodzi leczenie i rehabilitację. O całym zdarzeniu mówi niechętnie. Jak przyznaje, najbardziej żałuje tego, że zignorował zasady, które znał od lat.
- Wiedziałem przecież, żeby do konia nie podchodzić od tyłu, szczególnie gdy się czyści jego grzbiet lub robi coś, co może być dla niego nieprzyjemne. Nie posłuchałem mądrości starych hodowców i teraz cierpię. Nigdy tak nie róbcie jak ja - apeluje.
Polecany artykuł: