Monika A. zdobyła zaufanie milionera Aleksandra P.
Śledczy ustalili, że główną inicjatorką zbrodni była Monika A. Kobieta w przeszłości zajmowała się księgowością oraz pracowała w służbie więziennej. Sprawczyni zatrudniła się jako asystentka starszego pana, dzięki czemu udało jej się zdobyć pełne zaufanie bogatego i samotnego warszawiaka. Aleksander P. traktował ją z ogromną życzliwością, widząc w niej niemal członka własnej rodziny.
Ciepłe relacje okazały się wyłącznie przykrywką do realizacji okrutnego planu, który dawna funkcjonariuszka przygotowywała od wielu miesięcy. Jej głównym celem było zagarnięcie pokaźnego majątku nieświadomego emeryta. Do pomocy w morderstwie zwerbowała młodego chłopaka, nastoletniego Grzegorza R., oraz jego partnerkę.
Zabójstwo na Sadybie. Grzegorz R. zdradza przebieg zbrodni
Tragiczne wydarzenia miały miejsce 5 maja 2014 roku w wynajmowanym lokalu przy ulicy Konstancińskiej. Podczas śledztwa nastolatek w takich słowach zrelacjonował początek spotkania: „Obejrzeliśmy lokal i usiedliśmy przy stoliku. Wtedy dostałem od Moniki SMS, że mam go zabrać jeszcze do łazienki, powiedzieć, że coś tam śmierdzi”. Wspólnik krok po kroku opisał działania byłej księgowej.
Chwilę po tej wiadomości rozegrał się prawdziwy horror. Zgodnie z relacją 19-letniego pomocnika, w momencie wyjścia 86-latka do przedpokoju nastąpił błyskawiczny atak. Była księgowa najpierw uderzyła starszego pana butelką w głowę, a następnie użyła noża, aby poderżnąć mu gardło.
Przesłuchiwany przez organy ścigania Grzegorz R. tak zapamiętał kolejne sekundy tragedii: „Ten pan się przewrócił. Przez chwilę ruszał, a wokół niego rosła kałuża krwi. Monika przeszukała go, wyjęła mu z kieszeni około 2 tys. zł, klucze do mieszkania i trzy telefony”. Młodociany sprawca ze szczegółami opowiedział o przeszukaniu ofiary.
Zszokowany wspólnik dopytywał inicjatorkę o powody tak drastycznego działania. Z jego zeznań wynika bezwzględność kobiety: „Pytałem, czemu to zrobiła. Powiedziała, że zamierza przejąć jego mieszkania w centrum Warszawy i z kimś się już na nie dogadała. Twierdziła, że nie pierwszy raz zabiła człowieka”. Motywem okazała się chęć przejęcia cennych warszawskich nieruchomości.
Walizka z ciałem Aleksandra P. i pożar w Zaborowie
Bezpośrednio po dokonaniu morderstwa zabójcy ukradli z lokalu gotówkę, sprzęt elektroniczny oraz klucze. Następnie udali się do sklepu, by zaopatrzyć się w pojemną walizkę. Zapakowali do niej martwego 86-latka i ruszyli kilkadziesiąt kilometrów za stolicę, docierając w okolice miejscowości Wróblewo, gdzie zakopali bagaż w ziemi.
Pozbycie się dowodów zbrodni w taki sposób okazało się dla nich niewystarczające. Po upływie kilku dni przestępcy powrócili na miejsce ukrycia zwłok, odkopali je i przetransportowali samochodem w okolice Zaborowa.
Tam rozegrał się makabryczny finał, który nastolatek opisał następująco: „Monika wyrzuciła zwłoki w walizce, położyła je na trawie i pojechaliśmy po benzynę. Później zrobiła kilka zdjęć telefonem, polała zwłoki paliwem i podpaliła. Kazała mi dokładać leżącej obok papy, żeby lepiej się paliło. Po dwóch godzinach została tylko czaszka i parę kości. Wtedy odjechaliśmy”. Sprawcy bez skrupułów zatarli ślady brutalnego morderstwa.
Zbezczeszczone szczątki pochłonął ogień, pozostawiając jedynie znikome fragmenty szkieletu. Prokuratura nie miała najmniejszych wątpliwości, że motywacją do zbrodni była wyłącznie chęć pozyskania ogromnych pieniędzy. Ustalono, że tuż po morderstwie bezwzględna asystentka zdołała nielegalnie przepisać na swoje nazwisko jeden z lokali zmarłego.
Zeznania nastolatki pogrążają Monikę A. Surowy wyrok sądu
Sprawa ujrzała światło dzienne dzięki 15-letniej partnerce Grzegorza R., która dowiedziała się o makabrze i przekazała tę wstrząsającą informację dalej. Z czasem plotka dotarła do funkcjonariuszy policji, co pozwoliło organom ścigania na błyskawiczne podjęcie odpowiednich kroków dochodzeniowych.
Służby natychmiast aresztowały byłą księgową oraz jej młodego wspólnika. W trakcie rozpraw sądowych główna oskarżona roniła łzy i wygłosiła w sądzie krótkie oświadczenie: „Przepraszam. To nie powinno się wydarzyć. Do tego nie powinno dojść”. W ten sposób próbowała wpłynąć na decyzję wymiaru sprawiedliwości.
Płacz nie zrobił jednak żadnego wrażenia na oskarżycielu publicznym. Prokurator zaznaczył, że nigdy wcześniej nie spotkał tak wyrachowanej osoby, zarzucając jej perfekcyjne udawanie skruchy. Zażądał dla 32-latki najwyższego wymiaru kary i sąd przychylił się do tego wniosku, skazując ją na dożywocie, podczas gdy jej pomocnik usłyszał wyrok 25 lat pozbawienia wolności, a sam moment ogłoszenia decyzji kobieta przyjęła bez żadnych emocji.
Choć od tego wstrząsającego morderstwa upłynęło już ponad dwanaście lat, sprawa warszawskiego emeryta niezmiennie funkcjonuje w kronikach policyjnych. Zbrodnia ta zapisała się w pamięci społeczeństwa jako jeden z najbardziej okrutnych i nieludzkich aktów przemocy początków minionej dekady.