Spis treści
- Pokłócili się o romans, o który Janusz oskarżał żonę. Wtedy Monika chwyciła za nóż
- Weekend spędziła u kochanka, potem wróciła do domu. Mąż zdążył wymienić zamki, wybuchła awantura
- Nie pierwszy atak. Wtedy Janusz przeżył i wybaczył żonie. Za drugim razem nie miał tyle szczęścia
- Monika z aresztu udziela wywiadów. Pojawiła się jako "bohaterka" książki i ujawniła nieznane kulisy
Pokłócili się o romans, o który Janusz oskarżał żonę. Wtedy Monika chwyciła za nóż
Wydarzenia rozegrały się w listopadzie 2020 roku w bloku przy ulicy Ludwiki na warszawskiej Woli. Wtedy około 16:00 wpłynęło zgłoszenie o głośnej awanturze. Przerażona kobieta informowała dyspozytora, że na klatce schodowej znajduje się mężczyzna ranny w okolicę serca. Obok niego przebywały dwie osoby, z których jedna błagała: "Janek, nie umieraj". Nadkomisarz Marta Sulowska, oficer prasowa komendy na Woli, przekazywała wówczas, że policjanci po przybyciu zastali na podłodze mężczyznę bez funkcji życiowych. Funkcjonariusze niezwłocznie podjęli reanimację, którą następnie przekazali ratownikom medycznym, jednak obrażenia okazały się śmiertelne. Na miejscu zabezpieczono również narzędzie zbrodni - nóż, którym zadano decydujący cios.
W związku z tymi wydarzeniami od razu zatrzymano 43-letnią wówczas Monikę P., żonę zmarłego, jako główną podejrzaną. Służby ustaliły wstępnie, że małżonkowie pokłócili się, a w trakcie sprzeczki kobieta ugodziła męża nożem prosto w klatkę piersiową. Wkrótce potem przedstawiono jej zarzut morderstwa.
"Śledczy wnioskowali o zastosowanie wobec niej środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztowania. Prokurator poparł ten wniosek i decyzją sądu kobieta trafiła do aresztu na trzy miesiące. Za czyn, o który jest podejrzewana, grozi kara nawet dożywotniego pozbawienia wolności"
Śledztwo przynosiło kolejne odkrycia, w tym wyniki sekcji zwłok potwierdzające śmierć Janusza P. w wyniku pchnięcia nożem. Głęboka rana przebiła serce i płuco. Pogotowie wezwała sąsiadka na prośbę Moniki P. 43-latka broniła się, twierdząc, że powodem kłótni był jej rzekomy romans, ale nie miała zamiaru zabijać. Tłumaczyła, że mąż chwycił nóż kuchenny i sam zadał sobie cios, mówiąc: "Skoro ja nie mogę cię mieć, to żaden inny mężczyzna nie będzie cię miał". Śledczy szybko zauważyli jednak nielogiczność tej wersji i dostrzegli, że kobieta była pod wpływem alkoholu, mając około promil we krwi w chwili zatrzymania.
Prokuratura Rejonowa Warszawa-Wola przesłuchała świadków z otoczenia rodziny, odkrywając, że konflikty trwały od ponad roku. Źródłem sporów były problemy finansowe i zarzuty o zdradę, a awantury wymagały interwencji, o które nieskutecznie prosiły córki pary.
Weekend spędziła u kochanka, potem wróciła do domu. Mąż zdążył wymienić zamki, wybuchła awantura
Feralnego 30 listopada Monika P. pojawiła się w mieszkaniu dopiero nad ranem, po spędzeniu weekendu z nowym partnerem. Janusz zdążył wymienić zamki, więc kobieta dobijała się do drzwi. Kiedy w końcu ją wpuścił, na klatce rozległy się odgłosy dwugodzinnej awantury. Córki nie były obecne, gdyż przebywały u znajomych.
"Gdy Monika P. zasnęła, mąż miał zamknąć ją w domu i wyjść. 44-latka groziła mu telefonicznie, że odkręci gaz i wysadzi mieszkanie w powietrze, jeżeli jej nie wypuści. Janusz P. poprosił więc sąsiada, by zamknął dopływ gazu na klatce schodowej, i wrócił do domu wczesnym popołudniem. Małżonkowie kontynuowali kłótnię, Janusz P. nakazał żonie spakować rzeczy i wyprowadzić się"
Z późniejszych zeznań Moniki P. wynikało, że około 15:00 Janusz roztrzaskał jej telefon, myśląc, że pisze z kochankiem. Doszło do szarpaniny, po której kobieta rzekomo chwyciła nóż ze stołu w salonie jedynie po to, by go odstraszyć. Twierdziła, że mąż stracił równowagę i sam nadział się na ostrze. Następnie wyszedł na klatkę, gdzie upadł. Według świadków i monitoringu, kobieta próbowała go ratować kocem i krzyczała z rozpaczy. Prokuratura częściowo uwierzyła w jej relację, oskarżając ją o zabójstwo z zamiarem ewentualnym – odrzucając wersję o samobójstwie czy nieszczęśliwym wypadku.
Nie pierwszy atak. Wtedy Janusz przeżył i wybaczył żonie. Za drugim razem nie miał tyle szczęścia
Okazało się, że to nie był pierwszy atak z użyciem noża w wykonaniu Moniki P. Już w sierpniu 2019 roku podczas kłótni w kuchni kobieta raniła męża w dłoń. Tłumaczyła się wówczas podobnie, twierdząc, że tylko wymachiwała rękami, a Janusz sam chwycił za ostrze. Mężczyzna nie wniósł wtedy oskarżenia przeciwko żonie po jej błaganiach, jednak ostatecznie wybaczenie to kosztowało go życie.
W trakcie procesu sąd wziął pod uwagę argumenty obrony, że mąż stosował przemoc, grał w hazard i nadużywał alkoholu. Z drugiej strony wskazywano na romans oskarżonej i jej próbę odejścia. Monika P. usłyszała wyrok 12 lat więzienia, mimo grożącego jej dożywocia. Ostatnio kobieta zdecydowała się na wywiad ze Zbigniewem Nowakiem w zakładzie karnym Warszawa-Bemowo, przedstawiając w nim własny punkt widzenia.
Monika z aresztu udziela wywiadów. Pojawiła się jako "bohaterka" książki i ujawniła nieznane kulisy
"To była bardzo smutna, czasem wręcz wzruszająca podróż, przez życie pani Moniki"
Sąsiedzi przyznawali, że głośne awantury były normą, jednak zrzucali winę na obie strony konfliktu. Z kolei Monika w rozmowie z Nowakiem dalej pomniejszała swoją winę.
"Ja ze strachu to zrobiłam, chciałam, żeby się wystraszył, otworzył drzwi do mieszkania i wtedy bym uciekła"
Skazana tłumaczyła, że w trakcie szamotaniny o broń, przypadkowo zadała śmiertelny cios, gdy mąż puścił jej ramię.
"Jak trzymał mnie za rękę, ja odpychałam tę jego siłę. Jak w którymś momencie puścił, ręka poleciała. I trafiło"
Jak podkreślał Zbyszek Nowak, Monika P. chętnie zgodziła się na rozmowę, jednak nie próbowała udowadniać za wszelką cenę swojej niewinności, a jedynie pragnęła ukazać szerszy kontekst tragedii.
"Zdecydowanie bardziej wolałabym, żeby moje dzieci odwiedzały ojca w domu, aniżeli na cmentarzu"
Kobieta przyznała też, że ból córek jest dla niej ciężarem.
"Nigdy się z tym nie pogodzę, że do tego doszło. Jak moje dzieci tam jeżdżą, na cmentarz, i mówią, że jadą do taty, to ja już mam dzień zepsuty"
Koniec kary Moniki P. wyznaczono na 2033 rok. Choć w świetle prawa będzie mogła ubiegać się o wcześniejsze zwolnienie, decyzja o tym będzie leżeć w rękach sądu.