Spis treści
Wiesława P. rodzi w Warszawie. Chłopiec trafia do placówki w Otwocku
W połowie 2004 r. Wiesława P. z Rudzienka (województwo mazowieckie), będąca w zaawansowanej ciąży, załatwiała sprawy w jednym z warszawskich banków. Wtedy niespodziewanie rozpoczęła się akcja porodowa. Kobieta zdołała dotrzeć do pobliskiego szpitala, gdzie na świat przyszedł jej syn. Tego samego dnia matka opuściła lecznicę bez dziecka. Złożyła pisemne oświadczenie, w którym wyraziła zgodę na adopcję, zrzekła się praw rodzicielskich i nadała chłopcu imię Paweł, prosząc o przeniesienie go do ośrodka opiekuńczego. Swoją decyzję tłumaczyła trudną sytuacją finansową oraz rzekomym znęcaniem się nad nią przez męża i teściów.
Maluch natychmiast trafił do ośrodka w podwarszawskim Otwocku, gdzie spędził kolejne półtora miesiąca. Po upływie 42 dni Wiesława P. niespodziewanie zgłosiła się po Pawełka, deklarując chęć samodzielnego wychowywania syna. Od tego momentu ślad po noworodku zaginął. Matka ostatecznie wróciła do swojej miejscowości, ale bez dziecka.
Urzędnicy szukają dwulatka. Kolejna ciąża mieszkanki Rudzienka
Jak pokazało późniejsze śledztwo, ciąża 37-latki umknęła uwadze całej rodziny i sąsiadów. O narodzinach syna nie wiedział nawet jej 46-letni mąż, Sylwester P. Teściowie kobiety - 77-letni Józef i 66-letnia Hanna, którzy dzielili z nią dom - również zaklinalli się, że synowa doskonale ukrywała swój odmienny stan. Prawda o istnieniu Pawełka i jego tajemniczym zniknięciu ujrzała światło dzienne dopiero dwa lata później.
W połowie 2006 roku Wiesława P. ponownie zaszła w ciążę. Podczas podróży do pracy w stolicy poczuła bóle porodowe i skierowała się do tej samej placówki medycznej, w której rodziła dwa lata wcześniej. Wtedy na świat przyszła Oliwia. Podobnie jak w przypadku syna, matka opuściła szpital sama, jednak tym razem nie uregulowała kwestii adopcyjnych. Dziewczynka zyskała status dziecka porzuconego i trafiła do tego samego otwockiego ośrodka. Kobieta nigdy nie odwiedziła tam córki, co w późniejszych rozmowach z policją tłumaczyła obawą, że „zrobi z nią to samo, co z synkiem”.
W sprawę adopcji Oliwki zaangażowali się urzędnicy, którzy odwiedzili posesję Wiesławy P. w Rudzienku. Na miejscu zastali dzieci kobiety: 18-letniego Mariusza, 16-letniego Wojtka, 14-letniego Piotrka i 7-letniego Maćka. Kiedy pracownica ośrodka zapytała o dwuletniego wówczas Pawełka, matka nie potrafiła udzielić żadnej logicznej odpowiedzi. To zapoczątkowało śledztwo prowadzone przez prokuraturę w Mińsku Mazowieckim.
Makabryczne zeznania matki. Wyrok dla Wiesławy P.
W toku śledztwa 37-latka wielokrotnie zmieniała wersję wydarzeń - początkowo twierdziła, że sprzedała syna przypadkowym osobom na ulicy, a później, że oddała go do Stanów Zjednoczonych. Ostatecznie pękła i przyznała się do brutalnego morderstwa, tłumacząc swój czyn nadmiarem potomstwa. Kobieta ze szczegółami zrelacjonowała śledczym przebieg zbrodni z 2004 roku. Po odebraniu Pawełka z otwockiego ośrodka wsiadła z nim do autobusu, ale nakazała kierowcy zatrzymać się w rejonie szpitala w Międzylesiu. Weszła głęboko w las, nałożyła na głowę dziecka foliową reklamówkę i szczelnie obwiązała nią drobne ciało.
- Pawełek wierzgał nóżkami, płakał, aż w końcu przestał się ruszać - zeznała w śledztwie.
Po dokonaniu zabójstwa wsunęła martwe niemowlę do tej samej reklamówki i ruszyła w drogę powrotną do rodzinnej wsi. Przed wejściem do domu ukryła zwłoki w okolicznym zagajniku. Mimo intensywnych poszukiwań nigdy nie natrafiono na szczątki chłopca. Śledczy założyli, że ciało zostało rozszarpane i rozwleczone po lesie przez leśną zwierzynę.
Proces karny znalazł swój finał przed Sądem Okręgowym w Siedlcach, który w maju 2008 roku skazał kobietę na 12 lat więzienia za pozbawienie życia własnego dziecka. Apelacja obrońcy doprowadziła jednak do uchylenia tej decyzji przez Sąd Apelacyjny w Lublinie i przekazania akt do ponownego rozpoznania. Ostatecznie 22 czerwca 2012 roku siedlecki sąd ponownie uznał Wiesławę P. za winną przestępstwa z art. 148 par. 1 Kodeksu karnego, wymierzając jej karę 10 lat pozbawienia wolności.
- To wstyd dla nas, nie możemy przeżyć tego, co zrobiła. Zakopała nam wnusia, a głodne psy pewnie go zjadły. Już nawet kostka po nim nie została - mówiła z łzami w oczach teściowa Wiesławy P.
- Ona ciągle narzekała, że ma za dużo dzieci - mówi "Super Expressowi" mieszkanka Rudzienka Stanisława K. (64 l.). - Córeczkę pewnie też by zabiła, gdyby ludzie się nie zainteresowali jej adopcją - pokazuje dom dzieciobójczyni.
Polecany artykuł: