Spis treści
Niepodległość nie wybuchła w jeden dzień. Kto ubiegł Warszawę?
Podręczniki do historii często upraszczają obraz jesieni 1918 roku, tworząc wrażenie, że 11 listopada Polska po prostu się obudziła wolna. Prawda jest jednak znacznie bardziej fascynująca i wielowątkowa. Tak naprawdę niepodległość „wybuchała” w różnych częściach kraju w różnym czasie, a Warszawa wcale nie była pierwsza. Kiedy stolica wciąż znajdowała się pod wpływem okupacyjnych struktur, inne regiony brały już sprawy w swoje ręce.
Proces demontażu władzy zaborczej trwał w najlepsze już od października. To wtedy Rada Narodowa Księstwa Cieszyńskiego, dokładnie 19 października, objęła rządy na swoim terenie. Kilkanaście dni później, na przełomie października i listopada, Polska Komisja Likwidacyjna w Krakowie zaczęła przejmować władzę w Galicji. Nie można też zapomnieć o Lublinie, gdzie w nocy z 6 na 7 listopada powstał Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej pod przewodnictwem Ignacego Daszyńskiego. Zanim więc w Warszawie zapadły kluczowe decyzje, spora część polskich ziem de facto nie podlegała już zaborcom.
Wszystkie te oddolne inicjatywy pokazują, że polska państwowość rodziła się w bólach i chaosie, a nie za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. To właśnie te regionalne ośrodki władzy stworzyły fundament, na którym Józef Piłsudski mógł później budować jednolite państwo. Gdyby nie odwaga ludzi w Cieszynie, Krakowie czy Lublinie, sytuacja w stolicy mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej.
Rada Regencyjna i zbieg okoliczności, który wyłonił datę
Dlaczego zatem to 11 listopada stał się najważniejszym dniem w naszym kalendarzu? Stało się tak z powodu unikalnego splotu wydarzeń o charakterze lokalnym i międzynarodowym. To właśnie tego dnia w wagonie kolejowym w Compiègne podpisano rozejm kończący I wojnę światową. Dla całej Europy był to symboliczny moment zakończenia rzezi, co nadało polskim wydarzeniom dodatkowego, globalnego kontekstu. W tym samym czasie w Warszawie Józef Piłsudski, który dzień wcześniej wrócił z twierdzy magdeburskiej, otrzymał z rąk Rady Regencyjnej władzę wojskową.
Warto jednak pamiętać o pewnym istotnym szczególe historycznym, który często umyka w ogólnym przekazie. Rada Regencyjna, która przekazywała Piłsudskiemu uprawnienia, była organem powołanym przez okupantów – Niemcy i Austro-Węgry. Choć zasiadali w niej Polacy, jej legitymacja budziła ogromne kontrowersje, zwłaszcza wśród ówczesnej prawicowej opozycji. 11 listopada Piłsudski nie stał się od razu dyktatorem czy prezydentem z pełnią władzy. Otrzymał jedynie dowództwo nad tworzącym się wojskiem.
Pełną władzę cywilną Naczelny Wódz przejął dopiero trzy dni później, 14 listopada 1918 roku. To wtedy Rada Regencyjna, widząc, że jej misja dobiegła końca, uległa samorozwiązaniu. Z formalnego punktu widzenia to właśnie ta data mogłaby być uznana za moment narodzin pełnej, suwerennej władzy centralnej w Warszawie. Jednak to magia 11 listopada, wzmocniona końcem światowego konfliktu, przetrwała w zbiorowej pamięci jako symbol odrodzenia.
Zaskakująca historia samego święta: przed wojną obchodzono je tylko dwa razy
Choć dzisiaj wydaje nam się to nieprawdopodobne, Narodowe Święto Niepodległości wcale nie towarzyszyło Polakom od samego początku istnienia II Rzeczypospolitej jako oficjalna uroczystość państwowa. Przez niemal dwie dekady 11 listopada był celebrowany głównie przez wojsko. Był to dzień parad, uroczystych apeli i ceremonii o charakterze militarnym. Szkoły i urzędy oczywiście brały udział w obchodach, ale działo się to raczej w ramach instrukcji oświatowych niż twardego prawa państwowego.
Oficjalne ustanowienie 11 listopada świętem narodowym nastąpiło dopiero ustawą z 23 kwietnia 1937 roku. To oznacza, że przed wybuchem II wojny światowej Polska zdążyła zorganizować zaledwie dwie w pełni oficjalne edycje tego święta – w 1937 i 1938 roku. Decyzja o nadaniu tej dacie rangi państwowej pod koniec lat 30. miała silny związek z budowaniem kultu Józefa Piłsudskiego i potrzebą konsolidacji narodu wokół symboli niepodległościowych w obliczu rosnącego zagrożenia wojennego.
W okresie PRL-u święto to zostało całkowicie zakazane i usunięte z kalendarza, a jego miejsce zajęło Narodowe Święto Odrodzenia Polski, obchodzone 22 lipca. Dopiero w 1989 roku, w momencie przełomu ustrojowego, Sejm przywrócił 11 listopada do łask, czyniąc go ponownie najważniejszym dniem wolnym od pracy. Dzisiejsza ranga tego święta jest więc wynikiem zarówno przedwojennej tradycji, jak i walki o pamięć w czasach komunistycznych.
Przejęta niemiecka radiostacja w Cytadeli. Tak świat usłyszał o odrodzonej Polsce
Proces odzyskiwania niepodległości miał swoje niezwykle dynamiczne zakończenie, o którym rzadko wspomina się w krótkich notkach encyklopedycznych. Było nim oficjalne poinformowanie świata o istnieniu państwa polskiego. Wydarzyło się to 16 listopada 1918 roku. To wtedy Józef Piłsudski wysłał słynną depeszę notyfikacyjną do rządów Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch, Japonii oraz Niemiec i wszystkich państw wojujących i neutralnych.
Sposób, w jaki to zrobiono, brzmi niemal jak scenariusz filmu akcji. Depesza została nadana z warszawskiej Cytadeli za pomocą radiostacji „Telefunken”, którą Polacy przejęli od wycofujących się Niemców. Była to wówczas najnowocześniejsza metoda komunikacji, pozwalająca na błyskawiczne przesłanie informacji w eter. Podpisana przez Piłsudskiego wiadomość jasno komunikowała, że dzięki zwycięstwu armii sprzymierzonych oraz własnym wysiłkom, państwo polskie odrodziło się jako byt suwerenny i niezależny.
To wydarzenie z 16 listopada stanowiło idealną klamrę dla całego procesu, który zaczął się jeszcze w październiku w Cieszynie i Krakowie. Wysłanie depeszy było sygnałem dla światowych mocarstw, że Polska nie jest już tylko ideą czy marzeniem, ale realnym graczem na politycznej mapie Europy. Choć granice państwa wciąż nie były ustalone, a przed Polakami stało wyzwanie walki o ich ostateczny kształt, świat oficjalnie dowiedział się, że Rzeczpospolita powróciła.