Spis treści
Przy ulicy Częstochowskiej 2 pan Michał wspólnie z małżonką od wielu lat prowadzi niewielki punkt kurierski. Przedsiębiorca jest doskonale znany w tej części dzielnicy, a okoliczni mieszkańcy wypowiadają się o nim wyłącznie w superlatywach. Prowadzona przez rodzinę działalność cieszy się ogromnym zaufaniem zarówno wśród lokalnej społeczności, jak i współpracujących z nią firm.
Właśnie dlatego wieść o celowym podłożeniu ognia pod ten punkt wywołała ogromne poruszenie wśród okolicznych mieszkańców. Zaskoczony nie był jedynie sam właściciel, który już od grudnia 2025 roku bezskutecznie prosił funkcjonariuszy policji o interwencję.
Konflikt sąsiedzki na warszawskiej Ochocie trwa od 10 miesięcy
Źródłem problemu okazało się zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa, które pan Michał złożył w 2025 roku w Komendzie Stołecznej Policji. Sprawa dotyczyła wyłudzania pieniędzy z ubezpieczenia za fikcyjne stłuczki drogowe. Podejrzanym o ten proceder był Artur Z., mieszkaniec tego samego bloku i dawny bliski znajomy państwa Kowalskich. Nienależne odszkodowania miały być wypłacane na samochód marki Mercedes, który sąsiad odkupił wcześniej od pani Hanny, matki pana Michała.
W pierwszej fazie zatarg opierał się głównie na wyzwiskach i ostrych wymianach zdań, ale od grudnia zeszłego roku przerodził się w regularne nękanie przedsiębiorcy oraz jego najbliższych. Rodzina musiała stawiać czoła fałszywym zawiadomieniom na policję, pismom wysyłanym do prokuratury, próbom zerwania ich kontraktu z kurierską spółką DPD, a także groźbom podrzucenia środków odurzających. Pan Michał skrupulatnie zbierał dowody na każde z tych incydentów.
„Sąsiad wielokrotnie po naszej kłótni dzwonił na policję i zgłaszał, jakobym miał grozić jemu oraz jego żonie. Zdarzało się, że zostawałem zatrzymany na 24 godziny. Zgłaszał również, że rzekomo otwieram paczki, chcąc tym samym zniszczyć mój biznes, współpracę z DPD i renomę wśród klientów. Kiedy to nie odniosło skutków, sięgnął po bardziej bezpośrednie środki” – relacjonuje w rozmowie z dziennikarzem „Super Expressu” pan Michał. Dla mężczyzny przedstawienie tej historii w prasie stanowi akt desperacji i ostatnią deskę ratunku.
„Kiedyś, po kolejnej już kłótni zadzwonił na policję i zgłosił, że chciałem włamać się do jego mieszkania i pobić żonę. Przygotował także zawiadomienie do prokuratury. Zawinęli mnie na komisariat. Nie wiedział, że całe zdarzenie rejestrowałem dyktafonem, z którego wyraźnie wynikało, że kłamie. Kiedy moja córka pokazała mu nagranie, nagle wycofał wszystkie zarzuty. Od tamtej pory nie rozstaję się z dyktafonem nawet kiedy idę do łazienki” – opowiada zastraszony właściciel punktu przy Częstochowskiej.
Podczas kolejnej awantury, do której doszło 19 marca, Artur Z. rzucił w kierunku sąsiada słowa: „pożałujesz tego. Spalę ci ku*wo lokal”. Zaszczuty właściciel biznesu miał nadzieję, że sytuację uspokoi policyjna interwencja oraz wsparcie policyjnego mediatora.
Pan Michał ostrzegał policję na Ochocie. Wysłał 17 pism do komendanta
Przedsiębiorca postanowił działać zanim dojdzie do nieszczęścia. Systematycznie zanosił dokumenty do Komendy Rejonowej Policji Warszawa III przy ulicy Opaczewskiej 8, informował prokuraturę, a także słał dramatyczne prośby do Komendy Stołecznej oraz Głównej Policji. Domagał się w nich, by mundurowi zorganizowali mediacje pomiędzy zwaśnionymi stronami. W sumie zgromadził przeszło 60 stron różnego rodzaju dokumentacji, a do samego komendanta z Ochoty skierował aż 17 pism, które nie przyniosły żadnego rezultatu.
„Artur notorycznie groził mi, że spali mi lokal oraz, że zrobi mojej rodzinie krzywdę. Wszystko nagrywałem lub spisywałem. Pism do policji wysłałem mnóstwo. Zostały one zlekceważone, jako głupi konflikt sąsiedzki. Sprawy były umarzane, ignorowane. Kiedy 13 kwietnia po raz pierwszy poprosiłem bezpośrednio ochockiego komendanta o zażegnanie sporu, ten odpowiedział mi tylko »nie jestem papieżem, żeby was godzić«” – mówi z żalem pan Michał.
Funkcjonariusze otrzymali twarde dowody wskazujące na to, że zdrowie rodziny oraz jej dobytek są w niebezpieczeństwie. Poszkodowany wnioskował o szczególny nadzór nad sprawą i alarmował, że sąsiad zrealizuje swoje zapowiedzi, jednak ochoccy policjanci nigdy nie udzielili mu skutecznego wsparcia.
Pożar punktu kurierskiego przy Częstochowskiej 2 w Warszawie
Niezwykle niebezpieczna sytuacja miała miejsce w poniedziałek, 19 października. W ocenie właściciela biznesu nie był to zwykły zbieg okoliczności, lecz efekt narastającego od miesięcy konfliktu. Około godziny 22.10 ratownicy odebrali wezwanie dotyczące ognia, który pojawił się przy ulicy Częstochowskiej 2. Pożar jako pierwsi dostrzegli znajomi przedsiębiorcy i to właśnie mieszkańcy Ochoty ruszyli do akcji gaśniczej jeszcze przed przyjazdem wozów strażackich.
„Usłyszałem na początku alarm. Myślałem, że to z jakiegoś pojazdu, więc wyjrzałem przez okno. Wtedy zobaczyłem ogromne płomienie idące po elewacji budynku. Ogień wydostawał się z wentylacji na dole. Wybiegłem na ulicę z wiadrem wody i chlusnąłem nią. Później wodę nalewali mi sąsiedzi z parteru” – relacjonuje Ilia Bachdanowicz, przyjaciel właściciela lokalu.
Błyskawiczna reakcja okolicznych mieszkańców uratowała punkt przed całkowitym zniszczeniem. W momencie przybycia strażaków ogień tlił się już wyłącznie w kanałach wentylacyjnych. Ostatecznie zniszczeniu uległa jedynie zewnętrzna ściana budynku oraz część wewnętrznego ocieplenia, natomiast sam lokal wraz ze znajdującymi się w środku przesyłkami ocalał.
Sam właściciel także gasił płomienie, a następnie przez całą noc sprzątał nadpalone fragmenty, aby rano bez przeszkód obsłużyć klientów. Równocześnie, jeszcze 20 października, złożył na komisariacie oficjalne zawiadomienie o podpaleniu, wskazując Artura Z. jako głównego podejrzanego.
„Wściekły pobiegłem do jego mieszkania i krzyczałem do okna, czy nie jest zadowolony, że dopiął swego. Artur odpowiedział mi tylko, że »to dopiero początek«, co mam nagrane” – tłumaczy poszkodowany mężczyzna. Właściciel punktu podejrzewa, że sąsiad zlecił podłożenie ognia innej osobie. „Artur nie jest głupi. W trakcie pożaru był w mieszkaniu” – zaznacza.
Właściciel podpalonego lokalu na Ochocie zarzuca policji bezczynność
Przedsiębiorca liczył na to, że dramatyczne wydarzenia z 19 października staną się punktem zwrotnym. Miał nadzieję, że po pożarze funkcjonariusze wreszcie potraktują sąsiedzki zatarg z należytą powagą, jednak po raz kolejny spotkało go gorzkie rozczarowanie postawą służb.
„Czułbym się bezpiecznie, gdyby policja po zgłoszeniu kto mi groził oraz po zobaczeniu wszystkich moich pism od grudnia 2025 r. zatrzymała Artura Z. Mija tydzień, on nadal nie został wezwany na Opaczewską 8. Nikt po niego nie pojechał, nikt go nie przesłuchał, nikt się nie spytał czy wie coś o tym podpaleniu” – podkreśla pan Michał.
W związku z tą sytuacją 22 października pani Hanna, matka przedsiębiorcy, wystosowała oficjalną skargę na brak reakcji ze strony mundurowych. W dokumencie opisano dramatyczne realia, z jakimi mierzy się rodzina, która w obawie przed kolejnym podpaleniem musi nocować wewnątrz zniszczonego punktu usługowego. Dopóki w budynku nie zostanie zainstalowany profesjonalny alarm, osobiste dozorowanie mienia pozostaje jedynym sposobem na jego ochronę.
„Budzę się o 5 lub 6 rano, biegnę do mieszkania się umyć, przebrać i zjeść śniadanie, a potem wracam do lokalu. W międzyczasie punktu pilnuje albo moja żona, albo któryś z sąsiadków, będący akurat na spacerze z psem. Punkt kurierski działa normlanie do godz. 19. Po zamknięciu rozkładam śpiwór i nocuję. Niekiedy jedzenie donoszą mi w pudełkach sąsiedzi z okolicznych bloków, albo mama” – mówi pan Michał, prezentując na zapleczu pościel oraz puste opakowania po posiłkach.
Zdesperowani małżonkowie zastanawiają się, czy do podjęcia zdecydowanych kroków przez policję potrzebna jest ludzka śmierć. Szukając sprawiedliwości na najwyższych szczeblach, skierowali oficjalne skargi na policyjne zaniedbania do Biura Spraw Wewnętrznych Policji, Biura Kontroli KGP oraz Prokuratury Rejonowej Warszawa-Ochota.
Dziennikarze „Super Expressu” poprosili kierownictwo Komendy Rejonowej Policji Warszawa III o odniesienie się do stawianych przez Michała Kowalskiego zarzutów dotyczących braku działań. Do momentu opublikowania tekstu funkcjonariusze nie przesłali jednak żadnego stanowiska w tej sprawie.