Spis treści
Sfingowane kolizje i gigantyczne zyski – grupa przestępcza wyłudzała odszkodowania
Do Sądu Okręgowego w Siedlcach wpłynął potężny akt oskarżenia. Jak przekazuje PAP za informacjami z mazowieckiej policji, postępowanie w tej sprawie toczyło się przez ponad sześć lat i jest uznawane za największe w historii Polski pod tym względem. Na ławie oskarżonych zasiądzie wkrótce aż 376 osób zamieszanych w ten skomplikowany proceder. Z ustaleń śledztwa wynika, że grupa zorganizowała niemal 240 oszukanych wypadków drogowych, co miało wygenerować zyski ze szkodą dla ubezpieczycieli w wysokości ponad 20 milionów złotych.
Policja informuje, że cała procedura była misternie układana. Celowe zderzenia prowokowali specjalni kierowcy, nazywani „kaskaderami”, którzy opuszczali miejsce stłuczki jeszcze przed przyjazdem stróżów prawa. Na miejscu zjawiali się za to ludzie pełniący funkcję rzekomych sprawców lub poszkodowanych. Organy ścigania podają, że w procederze używano drogich aut, które nierzadko były kradzione i poddawane przebudowom w celu „legalizacji”. Dzięki temu z ubezpieczeń ściągano nawet po 300 tysięcy złotych za jedną kolizję.
Zdaniem śledczych, żadna z tych stłuczek nie wydarzyła się losowo. Grupa kontrolowała każdy aspekt działalności – organizatorzy dobierali odpowiednie lokalizacje, wypłacali prowizje uczestnikom spisku i nadzorowali sam proces wnioskowania o zwrot kosztów ubezpieczeniowych.
W trakcie żmudnego śledztwa, służbom udało się przejąć mienie szacowane na miliony złotych. Udało się także zneutralizować nielegalne warsztaty samochodowe i odzyskać znaczną ilość skradzionych aut i części motoryzacyjnych. W ramach sprawy wobec wybranych podejrzanych zastosowano środki w postaci tymczasowego aresztu.
Głośna sprawa „rondziarza” z Warszawy znajdzie finał w sądzie
Choć przypadek gigantycznej afery z Siedlec funkcjonuje jako odrębne postępowanie, w mediach równolegle żyje głośny przypadek „warszawskiego rondziarza”. O Dawidzie D., który porusza się starym fordem focusem wyposażonym w koguta TAXI, regularnie informuje od wielu miesięcy „Gazeta Wyborcza”, ale sprawę nagłośnił także Kanał ZERO. Wiele wskazuje na to, że mężczyzna celowo szukał ofiar i doprowadzał do zderzeń na rozmaitych skrzyżowaniach i rondach w stolicy.
„Wyborcza” precyzyjnie opisała mechanizm działania Dawida D. Kierowca na celownik brał najczęściej auta zmieniające pas ruchu. Celowo pozostawiał spore luki między pojazdami, po czym, kiedy ktoś zjeżdżał przed maskę jego samochodu, raptownie nabierał prędkości. Następnie, tuż po zaaranżowanym zderzeniu, liczył na to, że sprawę da się załatwić szybko, preferując gotówkę zamiast żmudnej procedury odszkodowawczej.
W publikacjach gazety można wyczytać, że niechlubna działalność Dawida D. miała trwać aż przez sześć lat. W systemach zarejestrowano na jego koncie aż 65 stłuczek. Świadkowie, do których dotarli dziennikarze, opisywali, że w ramach natychmiastowej ugody żądał kwot rzędu 1000-1200 złotych w gotówce. Równocześnie relacjonowano, że „rondziarz” nierzadko szybko ewakuował się z miejsca zdarzenia, kiedy inni uczestnicy proponowali wezwanie policji. W artykułach pojawiały się też historie naocznych świadków, którzy widzieli, jak mężczyzna krótko po zebraniu pieniędzy od jednej z ofiar, prowokował identyczną kolizję na pobliskim skrzyżowaniu.
Dziś sprawę bada Prokuratura Okręgowa w Warszawie. Jak donosi „Gazeta Wyborcza”, podczas jednego z niedawnych zderzeń funkcjonariusze zakwestionowali tłumaczenia kierowcy forda, zatrzymali jego dokumenty uprawniające do kierowania pojazdami i nałożyli mandat karny.
Teraz sprawa „rondziarza” Dawida D. będzie miała swój ciąg dalszy na sali sądowej. W Pruszkowie na końcówkę maja wyznaczono pierwszą rozprawę.