- Pożar bloku przy ul. Powstańców 62 wybuchł 3 lipca 2025 roku i objął 211 mieszkań.
- Śledczy uznali, że ogień najpewniej został przypadkowo zaprószony, ale nie ustalili, kto za to odpowiada.
- Lokatorzy wciąż czekają na powrót do mieszkań, a przed budynkiem nadal są kolejne ekspertyzy i formalności.
Wszystko spłonęło
Pożar wybuchł 3 lipca 2025 roku i błyskawicznie rozprzestrzenił się po dachu oraz najwyższych kondygnacjach ogromnego bloku w Ząbkach. Większość mieszkańców zdążyła uciec jeszcze przed przyjazdem strażaków, ale wielu straciło niemal cały dobytek. W budynku było 211 lokali. Na szczęście nikt nie zginął. Lekkich obrażeń doznały trzy osoby znajdujące się na zewnątrz oraz trzech strażaków.
- Ciężko powiedzieć, od czego to się zaczęło. Wróciłam z zakupów, czułam na korytarzu spaleniznę, ale myślałam, że ktoś coś przypalił. Chwilę później sąsiad zapytał, czy znam numer na straż, bo pali mu się dach - opowiadała po pożarze „Super Expressowi” pani Nikolett Siklósi-Dąbrowska.
Śledztwo zakończone. Sprawcy nie ma
Dzień po pożarze Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga wszczęła śledztwo. Przez kolejne miesiące przesłuchano ponad 350 świadków, przeanalizowano monitoring, zdjęcia i nagrania, a kluczową opinię przygotowali eksperci z Akademii Pożarniczej.
Ich wnioski okazały się dla mieszkańców rozczarowujące. Biegli uznali, że najbardziej prawdopodobną przyczyną było przypadkowe zaprószenie ognia. Wykluczono celowe podpalenie, ale nie udało się wskazać konkretnej osoby odpowiedzialnej za pożar. Z tego powodu śledztwo zostało umorzone. Prokuratura sprawdzała też, czy zawinił zarządca budynku albo osoby odpowiedzialne za dopuszczenie obiektu do użytkowania.
- Nie stwierdzono zaniedbań zarządcy, a wątek dotyczący odbioru budynku został umorzony z powodu przedawnienia - przekazała prok. Karolina Staros z Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga.
Mieszkańcy nadal żyją w niepewności
Choć od pożaru minął już rok, przy ul. Powstańców 62 wciąż nie wróciło normalne życie. Z zewnątrz nie ma już śladów dramatycznej akcji gaśniczej, ale dla mieszkańców koszmar się nie skończył. Nadal nie wiedzą, kiedy znów będą mogli wejść do swoich mieszkań.
- Człowiek całe życie pracował na swoje mieszkanie, a w kilkadziesiąt minut wszystko zniknęło. Najgorsze jest to, że do dziś nie wiadomo, dlaczego - mówiła nam jedna z lokatorek.
Przed wspólnotą jeszcze kolejne ekspertyzy i formalności. Dopiero po nich będzie można ruszyć z przywracaniem budynku do stanu używalności. Jak przyznaje w rozmowie z RDC członek zarządu wspólnoty Daniel Dąbrowski, samo odtworzenie zniszczonego budynku ma zostać pokryte z ubezpieczenia. Problemem będą jednak wszystkie dodatkowe prace modernizacyjne, które wspólnota będzie musiała sfinansować sama - najpewniej z kredytu.