Studenci UW krytykują nową strefę jedzenia przy BUW. Jest za drogo na studencką kieszeń
Nowa przestrzeń gastronomiczna przy Bibliotece Uniwersyteckiej (BUW) stała się zarzewiem konfliktu między studentami a władzami uczelni. Zamiast oczekiwanej przez młodych ludzi taniej stołówki, w której można zjeść pełnowartościowy posiłek za niewielkie pieniądze, otwarto strefę street foodu. Studenci wyśmiewają to rozwiązanie, nazywając je prestiżowym i konceptualnym, ale jednocześnie podkreślają, że ceny zaczynające się od 20 zł są dla nich nie do zaakceptowania. Dla porównania, na głównym kampusie za naleśniki płaci się około 12 czy 13 zł, choć tam z kolei brakuje wolnych miejsc w porze obiadowej.
Nie wydaje mi się, żeby to było w zasięgu przeciętnego studenta. Te ceny wcale niskie nie są, bo tam od 20 złotych wzwyż. Też wygląd jest taki ewidentnie... Może dla studentów zarządzania to zupełnie nie ta część UW. Tak jak obok jest to, do której wielu studentów wchodzi, to tam powiedzmy za 5 czy 10 złotych się da już coś sensownego zjeść. Nawet i na ciepło. A tutaj to dwa razy więcej. To też myślę, że jak już ktoś tutaj będzie, to pewnie pójdzie obok i tak do miejsca komercyjnego. A jakby była publiczna stołówka, gdyby się tam dało zjeść powiedzmy za kilkanaście złotych sensowny obiad, to myślę, że dużo chętniej studenci by przychodzili - stwierdził jeden z uczestników protestu.
Młodzi ludzie, którzy biorą udział w proteście, zwracają uwagę na fakt, że studia powinny być dostępne dla każdego, a obecna oferta gastronomiczna wyklucza osoby z mniej zamożnych domów. Ich zdaniem tworzenie miejsc typu premium na terenie uniwersytetu mija się z celem, jakim jest wspieranie osób kształcących się, które i tak zmagają się z wysokimi kosztami utrzymania w Warszawie.
Dramatyczna sytuacja w akademikach. Tylko co dziesiąty student może liczyć na tanie lokum
Kwestia wyżywienia to tylko wierzchołek góry lodowej. Studenci alarmują, że sytuacja z zakwaterowaniem w Warszawie i innych miastach akademickich jest krytyczna. Z dostępnych danych wynika, że w skali całego kraju tylko 10% studiujących ma szansę na miejsce w domu studenckim. Jednocześnie zapotrzebowanie jest ogromne i przewyższa możliwości uczelni aż czterokrotnie. W ciągu ostatnich 15 lat liczba dostępnych miejsc spadła o 30 000, co jest efektem likwidacji kolejnych budynków.
Chciałabym zauważyć, że tylko 10% osób studiujących w naszym kraju ma dostępne miejsca w akademikach i nie wynika to z braku zainteresowania, wręcz przeciwnie, to zainteresowanie jest aż czterokrotnie większe niż baza, którą po prostu dysponują warszawskie i nie tylko uczelnie. Chciałabym też zauważyć, że przez ostatnie 15 lat zanotowaliśmy spadek o 20%, bo zlikwidowano aż 30 tys. miejsc, a pierwszy akademik powstał po 60 latach w Warszawie przy ulicy Sulimy i jest to akademik Uniwersytetu Warszawskiego, w którym pokój dwuosobowy kosztuje na osobę około 1000 zł - wyliczała Alicja Tomaszewska, przewodnicząca Rady Mieszkańców Domu Studenckiego.
Problemem są nie tylko braki lokalowe, ale również fatalny stan techniczny budynków, które jeszcze funkcjonują. Studenci wspominają o takich miejscach jak Dom Studencki Żaczek, który został zamknięty przez straż pożarną, czy próbach sprzedaży akademików Sezam w Warszawie, Jowita w Poznaniu oraz Kamionka w Krakowie. Tylko dzięki głośnym protestom studentów niektóre z tych budynków udało się uratować przed prywatyzacją.
Dlaczego remonty w domach studenckich są odkładane? Studenci uderzają we władze uczelni
Podczas rozmów z administracją studenci regularnie słyszą, że na remonty nie ma pieniędzy. W efekcie dochodzi do absurdalnych sytuacji, w których usterki, takie jak nieszczelne okna w łazienkach, nie są naprawiane przez całą zimę. Według przedstawicieli samorządu studenckiego problem leży w podejściu władz uczelni, które traktują akademiki jak biznesy, które muszą na siebie zarabiać, zamiast widzieć w nich element wsparcia socjalnego dla młodych ludzi.
Kiedy ja prowadzę rozmowy z administracją i kiedy prowadzę rozmowy z władzami generalnie uczelni, to słyszę o tym, że nie stać nas na takie remonty, jak na przykład fakt, że mam w łazience na swoim piętrze okno, które się nie domyka od listopada i nie robimy tego remontu, dlatego że po prostu nas na to nie stać. [...] Po prostu jako studentkę, jako mieszkankę, ale też jako osobę z samorządu bardzo frustruje mnie to, że akademiki muszą się finansować, że akademiki i generalnie uczelnie są traktowane jak biznesy, zamiast być traktowane jak miejsce, w którym ludzie po prostu mogą zdobywać rzetelną wiedzę w przystępnych i socjalnie dostępnych dla nich warunkach - mówiła Alicja Tomaszewska.
Głos studentów dotarł już do polityków. W sprawę zaangażował się poseł Adrian Sandberg, lider partii Razem, który złożył interpelacje do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Dotyczą one zarówno kwestii braku tanich stołówek, jak i dramatycznej sytuacji w polskich akademikach. Studenci zapowiadają, że nie odpuszczą, dopóki uniwersytet nie stanie się miejscem bardziej przyjaznym dla ich portfeli.