Rok od pożaru bloku w Ząbkach. „Płacimy za mieszkanie, w którym nie mieszkamy”

Ponad rok temu pożar zniszczył dach i ponad dwieście mieszkań w bloku w Ząbkach. Setki ludzi z dnia na dzień straciły dach nad głową. Emocje do dziś pozostają silne, a lokatorzy wciąż zadają sobie to samo pytanie: kiedy będą mogli wrócić do siebie? Odpowiedzi wciąż brakuje.

Błyskawiczna ewakuacja

Dla Nikoletty Siklósi-Dąbrowskiej ten letni wieczór zapowiadał się zwyczajnie. Po powrocie z zakupów do mieszkania poczuła zapach spalenizny na klatce schodowej, ale początkowo nie wzbudziło to w niej niepokoju.

- Ciężko powiedzieć od czego to się zaczęło. Akurat wróciłam z zakupów, czułam na korytarzu spaleniznę, ale przypisałam to jakiemuś obiadowi - opowiadała „Super Expressowi”.

Sytuacja szybko stała się dramatyczna. Sąsiad poprosił ją o numer na straż pożarną, alarmując o płonącym dachu. Choć płomieni jeszcze nie dostrzegła, dym gęstniał z każdą chwilą.

- Przed ewakuacją weszłam do mieszkania, żeby zamknąć okna na poddaszu. Wtedy już było widać kłęby ciemnoszarego dymu. Miałam takie takie odczucie, że zaraz ogień wejdzie mi do mieszkania - dodawała.

Kobieta z mężem i małą córką opuścili dom w pośpiechu, zabierając jedynie najpotrzebniejsze rzeczy.

- To była szybka ewakuacja, zabranie najpotrzebniejszych rzeczy. Mamy niespełna trzyletnią córkę, więc jej bezpieczeństwo było dla nas priorytetem. Mąż wziął ją pod pachę. Ja wzięłam wózek, bo nie wiedzieliśmy ile będzie trwała cała ta sytuacja. Wyszliśmy tak jak staliśmy, córka nawet bez butów - mówiła dalej.

Ich dom spłonął całkowicie. Kiedy pozwolono im wejść do środka, zdołali wynieść zaledwie jedną torbę rzeczy, a pozostałe przedmioty trzeba było zutylizować.

Rozpoczyna się długa droga

Kolejne miesiące oznaczały konieczność zmierzenia się z utratą mieszkania i początek trudnej drogi do odbudowy dawnego życia.

- Pomalutku do przodu? Czy udało wam się chociaż trochę otrząsnąć po tym pożarze? - pytam. - Tak, zaciągnęliśmy nowy kredyt, bo inaczej się nie dało. Córce trzeba zapewnić stabilizację, więc u tych znajomych, kilkaset metrów stąd, mieszkaliśmy pół roku. W styczniu dopiero się od nich wyprowadziliśmy i tak naprawdę od stycznia jesteśmy już na nowych włościach - odpowiada Nikoletta, z którą rozmawiam przed spalonym budynkiem.

Problemy z wypłatą odszkodowania

Rodzina miała kredyt za stracone mieszkanie. Dopiero jesienią otrzymali pierwszą część pieniędzy z polisy, które automatycznie pokryły zobowiązania wobec banku. 

Sonda
Byłeś kiedyś świadkiem pożaru?

- Mniej więcej w październiku ubezpieczyciel wypłacił pierwszą transzę ubezpieczenia. A ponieważ była cesja na bank, to kredyt, który pozostał, od razu się spłacił. W związku z tym zamknęliśmy go w okolicach października lub listopada. I wtedy tak naprawdę odzyskaliśmy zdolność kredytową na nową nieruchomość - tłumaczy.

Zakup nowego domu nie rozwiązał wszystkich kłopotów, a zmagania o odszkodowanie ciągnęły się miesiącami. Nikoletta wyjaśnia, że firma ubezpieczeniowa wyceniła szkody na zaledwie jedną trzecią kwoty, co skłoniło ich do wejścia na drogę sądową. Ostatecznie zawarli ugodę i otrzymali pieniądze w maju.

Nie wszyscy jednak mieli tyle samo szczęścia. Wiele osób z niższych pięter nadal boryka się z firmami ubezpieczeniowymi. Ich mieszkania uniknęły płomieni, ale zostały zalane wodą podczas gaszenia pożaru, co doprowadziło do powstania grzyba. Niektórzy ubezpieczyciele odrzucają roszczenia, zmuszając zdesperowanych lokatorów do zamawiania kosztownych opinii i wytaczania procesów.

Pusty budynek i brak perspektyw

Obecnie Nikoletta angażuje się w sprawę także jako przedstawicielka wspólnoty. W jej ocenie obiekt wciąż nie nadaje się do zamieszkania, a prowizoryczne zadaszenie stanowi zaledwie pierwszy krok ku naprawie.

- Mamy tymczasowy dach. Pracujemy zgodnie z decyzją Inspektoratu Budowlanego. Teraz jesteśmy na etapie robienia ekspertyz i planów. Mieszkańcy nadal nie wiedzą, co i kiedy, bo tak naprawdę teraz jest robiona inwentaryzacja i ekspertyza, przede wszystkim tego, w jakim stopniu i na których kondygnacjach brakuje instalacji. Instalacje spłonęły: gaz, prąd, woda - wszystko - wylicza.

Mieszkania, które nie ucierpiały od ognia, również nie nadają się do życia ze względu na znaczne zalania wodą używaną przez strażaków. Następnie zmagano się z ulewami i mrozami, co skutkowało powstaniem pleśni i wilgoci, które wniknęły głęboko w konstrukcję budynku.

Sytuację lokatorów ukazuje reportaż „Interwencji” Polsatu, w którym poszkodowani pokazują zagrzybione lokale, wymagające kosztownych napraw. Zmagają się z opłatami za wynajem zastępczych mieszkań, co pożera ich odszkodowania, a w skrajnych przypadkach zostają z minimalnymi środkami do dyspozycji.

Koszty mimo braku dostępu

Największym kuriozum pozostaje obowiązek regulowania opłat za lokale, do których nikt nie ma wstępu od miesięcy. Lokatorzy, choć tam nie przebywają, muszą opłacać zniżkowy czynsz oraz składać się na części wspólne i fundusz remontowy. Dla Nikoletty jest to obciążenie rzędu około 570 złotych miesięcznie.

Środki te nie są jednak marnowane. Powiększają pulę funduszu remontowego, niezbędnego na pokrycie wydatków, których ubezpieczenie wspólnoty nie zdoła sfinansować.

- Ubezpieczyciel wspólnoty oczywiście zapłaci za doprowadzenie budynku do stanu sprzed pożaru, ale za nic ponadto. (...) Będziemy też zaciągać kredyt jako wspólnota, bo nie poradzimy sobie bez niego przy tych modernizacjach - mówi dalej moja rozmówczyni.

W planach jest także instalacja odpowiednich zabezpieczeń przeciwpożarowych, których wcześniej w budynku brakowało.

Umorzone śledztwo nie kończy problemów

Kwestia zabezpieczeń była też brana pod uwagę podczas dochodzenia prowadzonego przez warszawską Prokuraturę Okręgową. Postępowanie umorzono z braku możliwości wskazania przyczyny pożaru. Uznano, że prawdopodobnie doszło do nieumyślnego zaprószenia, odrzucając teorię o celowym podpaleniu, znaną z innych zdarzeń tego typu.

Zwrócono też uwagę na brak stosownych barier przeciwogniowych na dachu, choć eksperci zastrzegli, że w czasie budowy bloku takie wymogi nie obowiązywały, co wykluczyło możliwość postawienia zarzutów komukolwiek.

Dla Nikoletty finał śledztwa jest trudny do zaakceptowania, ale ma też swoje pozytywne strony dla samych poszkodowanych.

- Ta decyzja jest o tyle korzystna, że odblokowuje mieszkańcom furtkę do odszkodowań od własnych ubezpieczycieli. Większość klauzul ubezpieczeniowych stanowi, że w przypadku umyślnego podpalenia odszkodowanie nie jest wypłacane - tłumaczy.

Niepewna przyszłości

Zasadniczym problemem pozostaje jednak niepewność. Obiekt jest wciąż niedostępny i odgrodzony. Przedstawiciele wspólnoty muszą przeprowadzić liczne analizy i czekać na wytyczne z nadzoru budowlanego, by móc ruszyć z pracami naprawczymi. Jak twierdzi Nikoletta, nie mogą podejmować żadnych kroków przedwcześnie i bez zgody odpowiednich organów.

To sprawia, że pytania o termin powrotu do mieszkań pozostają bez odpowiedzi. Nikt nie wie, czy powrót nastąpi za kilka miesięcy, czy za kilka lat.

Sama poszkodowana deklaruje, że chętnie sprzedałaby nieruchomość po renowacji, jednak w tym momencie jest to niewykonalne.

Uciekli z dziećmi bez butów. Przerażająca relacja rodziny po pożarze w Ząbkach

- Na chwilę obecną nie jesteśmy w stanie tego nawet sprzedać. Chyba że ktoś kupiłby za gotówkę. Żaden bank tego nie skredytuje, a ubezpieczyciel nie ubezpieczy - podsumowuje.

Oczekiwaniom lokatorów towarzyszy bezradność. Czekają nie tyle na finalizację prac, co na zezwolenia, które pozwolą w ogóle rozpocząć działania.

Skutki pożaru wciąż odczuwalne

Mimo że sam żywioł szalał tylko przez kilka godzin, jego konsekwencje są odczuwalne od ponad roku. Właściciele zniszczonych lokali wciąż muszą płacić raty za kredyty, mieszkając w wynajętych domach i licząc dni do momentu, w którym ponownie przekroczą progi własnych mieszkań. Perspektywa ta jest jednak nadal niezwykle odległa i nieokreślona.