- Dwa lata wcześniej mężczyzna stracił prawą dłoń po uderzeniu w tramwaj podczas pracy w stolicy.
- Po ciężkich przejściach i trudnościach finansowych wreszcie wywalczył świadczenie rentowe.
- Jego radość przerwał koszmarny wypadek na trasie pod Międzyrzecem. Mężczyzna zginął na miejscu.
Stracił dłoń podczas pracy w Warszawie
Lawina życiowych dramatów 40-letniego Grzegorza K. z powiatu sokołowskiego na Mazowszu ruszyła dwa lata temu. W czerwcu 2024 roku, tuż po rozstaniu z małżonką, mężczyzna wyjechał do stolicy w poszukiwaniu zarobku. Zatrudnił się jako dostawca jedzenia i spędzał w pracy kilkanaście godzin dziennie, by sprostać obowiązkom alimentacyjnym. Zmęczenie narastało, a on brał kolejne zmiany, żeby przetrwać. Niestety, wkrótce doszło do dramatu.
Podczas jednego z kursów z zamówieniem, motocykl Grzegorza zderzył się z tramwajem. Choć początkowo sytuacja nie wyglądała dramatycznie, prawa dłoń kuriera została poważnie ranna. Do rany wdała się ostra infekcja i posocznica, przez co chirurdzy musieli amputować mu rękę, ratując mu życie.
- Na głowę Grześka zawalił się świat. Nie mógł się pogodzić z tym, że stracił rękę.
Dwa lata walczył o rentę po amputacji
Polecany artykuł:
- Nie mógł dostać pracy, bo żaden pracodawca nie chciał mieć inwalidy. Przez dwa lata starał się o rentę, często nie miał, co włożyć do garnka. Mówił mi, że jeżeli nie dostanie renty, to skończy ze sobą. Grześkiem przestała się interesować była żona i dwójka dorosłych już dzieci.
W końcu, po wielu miesiącach udręki, los zaczął mu sprzyjać.
- Bardzo się ucieszył, gdy na przełomie czerwca i lipca przyznano mu rentę inwalidzką w związku z wypadkiem w pracy. Jeszcze nie dostał pieniędzy, bo wszystko musiało się uprawomocnić, ale już skakał z radości.
Dramatyczny finał podróży do Białej Podlaskiej
Szczęście 40-latka zostało niespodziewanie przerwane. Zaledwie dwa tygodnie po pozytywnej decyzji o przyznaniu renty, pan Grzegorz wyruszył do bliskich do Białej Podlaskiej. Po godzinie 22, pędząc swoją Skodą drogą z Siedlec do Międzyrzeca, uderzył w inne auto w trakcie manewru wyprzedzania. Jego pojazd wyleciał poza jezdnię, zaliczył dachowanie i roztrzaskał się na przydrożnym drzewie.
40-latek poniósł śmierć na miejscu zdarzenia. Jak z rozpaczą stwierdził Mariusz Kowalski w rozmowie z "Super Expressem", jego bliski przyjaciel nawet nie zdążył odebrać swoich ciężko wywalczonych pieniędzy.
Źródło: se.pl