Spis treści
Dramat na stacji w Ursusie. Nastolatek zmarł mimo godzinnej reanimacji
Sprawa dotyczy tragicznych wydarzeń z 3 maja na stacji PKP Ursus Niedźwiadek. Około 18:00 służby odebrały zgłoszenie o młodym mężczyźnie leżącym pomiędzy torami. Pomocy zaczął udzielać mu świadek, a chwilę później pracownicy pociągu SKM, którzy użyli defibrylatora. Niestety długa reanimacja nie przyniosła rezultatu i chłopak zmarł.
Od samego początku policja wykluczała potrącenie przez pociąg. - Nie miał obrażeń wskazujących na potrącenie przez pociąg - tłumaczyła asp. Małgorzata Gębczyńska, oficer prasowy Komendanta Rejonowego Policji Warszawa III.
Z nieoficjalnych doniesień wynikało, że 16-latek doznał urazów głowy sugerujących upadek. Pojawiły się spekulacje, że nastolatek mógł brać udział w niebezpiecznym wyzwaniu z mediów społecznościowych.
Wyniki sekcji zwłok. Śledczy analizują nagrania z kamer
Sytuację rozjaśniły wstępne wyniki sekcji zwłok. - Najprawdopodobniej zgon nastąpił w wyniku porażenia prądem - przekazał w rozmowie z "Super Expressem" prokurator Piotr Antoni Skiba, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
Jak dodał, przesłuchano już świadków i zabezpieczono monitoring z pociągu. Z nagrań wynika, że 16-latek wszedł na teren kolejowy z własnej woli. - Na międzytorzu znalazł się w wyniku upadku z pociągu. Nie doszło do najechania pociągu na chłopca, nie doszło do potracenia - przekazał "SE" prokurator.
Dwa dramaty jednego dnia
Te ustalenia uprawdopodabniają tezę o tzw. "train surfingu", czyli niezwykle ryzykownym przemieszczaniu się na zewnętrznych elementach pociągu.
Tego samego dnia w Parzniewie doszło do podobnego incydentu. 18-latka spadła z dachu pociągu i z obrażeniami trafiła do szpitala pod opiekę lekarzy.
Prokurator Piotr Antoni Skiba podkreślił jednak, że obecnie nie ma żadnego powiązania tych dwóch spraw ze sobą.