Skazano motorniczego za śmierć 4-latka. Sędzia wyliczyła, ile czasu patrzył w lusterko

2026-02-18 9:03

Zapadł wyrok w sprawie wstrząsającego wypadku w Warszawie, w którym zginął czteroletni chłopiec. Sąd nie miał wątpliwości co do winy kierującego tramwajem Roberta S. Ustalenia śledczych mrożą krew w żyłach. Okazało się, że w kluczowym momencie mężczyzna zajmował się prywatnymi sprawami, zamiast upewnić się, czy pasażerowie są bezpieczni.

Tragiczny finał podróży na warszawskim przystanku

Dramatyczne sceny rozegrały się w 2022 roku w rejonie przystanku Batalionu „Platerówek”. Tramwaj jadący w stronę pętli Żerań FSO stał się śmiertelną pułapką dla małego dziecka. Starsza kobieta zdążyła wysiąść z ostatniego wagonu, jednak gdy za nią podążył czterolatek, drzwi niespodziewanie się zamknęły. Noga chłopca została uwięziona, a pojazd ruszył. Mimo rozpaczliwych starań opiekunki, tramwaj ciągnął bezbronnego chłopca po torowisku.

Kobieta starała się wyciągnąć wnuka, którego lewa nowa utknęła miedzy powłoką ostatniego schodka a drzwiami. Próbowała zatrzymać pojazd, uderzając pięściami w drzwi wagonu, jednak motorniczy ruszył − opisywała sędzia Katarzyna Wanat.

Na sali rozpraw odczytano wstrząsającą listę obrażeń, jakich doznał poszkodowany. Sąd szczegółowo wymienił wielonarządowe urazy, które doprowadziły do śmierci. Dokumentacja medyczna wskazywała między innymi na rozległe uszkodzenia czaszki, klatki piersiowej oraz liczne złamania kończyn.

Wyrok w tej głośnej sprawie ogłoszono we wtorek, 17 lutego. Prowadząca sprawę sędzia Katarzyna Wanat uznała, że odpowiedzialność Roberta S. nie podlega dyskusji. Mężczyzna zlekceważył podstawowe zasady bezpieczeństwa, ponieważ korzystał w pracy z telefonu komórkowego i nie obserwował otoczenia pojazdu w należyty sposób.

Półtorej sekundy, tyle Robert S. poświęcił, aby upewnić się, że bezpiecznie może ruszyć z przystanku. Poświecił niewystarczającą ilość czasu na obserwację przystanku, bo gdyby było inaczej, to dostrzegłby, czy ruszenie tramwaju nie spowoduje niebezpieczeństwa dla pasażerów. Gdyby tylko spojrzał w lusterko dostrzegłby przytrzaśniętego Aleksandra − argumentowała Katarzyna Wanat.

Co robił kierujący w chwili tragedii?

Ekspertyzy biegłych wykluczyły awarię techniczną składu. Wszystkie systemy bezpieczeństwa były sprawne, a warunki pogodowe nie utrudniały widoczności. Specjaliści ocenili, że motorniczy miał pełną możliwość dostrzeżenia wysiadających pasażerów. Wymiar sprawiedliwości jednoznacznie orzekł, że babcia chłopca zachowała się prawidłowo i w żaden sposób nie przyczyniła się do tego dramatu.

Kluczowym dowodem w sprawie okazała się analiza billingów telefonicznych oskarżonego. Ustalono, że Robert S. w trakcie kursu prowadził rozmowy związane z jego prywatną działalnością gospodarczą dotyczącą naprawy aut. Tragiczny moment zbiegł się z połączeniem trwającym 35 sekund. Tego dnia mężczyzna wykonał łącznie aż czternaście rozmów telefonicznych, z których niektóre trwały kilkadziesiąt minut.

Kara więzienia i zadośćuczynienie

Robert S., posiadający czternastoletni staż pracy, usłyszał wyrok półtora roku bezwzględnego pozbawienia wolności. Sąd orzekł również czteroletni zakaz prowadzenia pojazdów, liczony od 2022 roku, oraz nakazał wypłatę 100 tysięcy złotych na rzecz bliskich ofiary. Prokuratura wnioskowała o znacznie surowszą karę, domagając się sześciu lat więzienia. Sąd wziął jednak pod uwagę fakt, że skazany leczy się i izoluje od społeczeństwa.

Sąd wziął pod uwagę okoliczności obciążające i łagodzące. Oskarżony naruszył zasady ruchu drogowego i ponosi za to odpowiedzialność, ale sam leczy się, izoluje się od ludzi − zauważyła sędzia.

Mężczyzna nie przyznał się do zarzucanych mu czynów, mimo że wcześniej przeprosił rodzinę zmarłego chłopca. Nie stawił się na ogłoszeniu orzeczenia. Wyrok nie jest jeszcze prawomocny, a obrońcy Roberta S. zapowiedzieli analizę uzasadnienia sądu, co może sugerować złożenie apelacji w najbliższym czasie.

Czterolatek zginął ciągnięty przez tramwaj. Rok od tragedii mieszkańcy wciąż pamiętają
Sonda
Umiesz udzielić pierwszej pomocy?