Stołówka grozy w warszawskiej szkole. Rodzice protestują, ajent mówi o zorganizowanej nagonce

Opiekunowie uczniów ze Szkoły Podstawowej numer 340 zlokalizowanej na stołecznym Ursynowie zgłaszają gigantyczne zastrzeżenia do serwowanych obiadów. Wydawane porcje są małe, a dzieci kategorycznie odmawiają spożywania tych dań. Z usług zrezygnowały już setki osób, natomiast placówkę skontrolował Sanepid. Ajent zdecydowanie odrzuca oskarżenia i twierdzi, że padł ofiarą precyzyjnie zaplanowanego ataku.

Opiekunowie uczniów z placówki edukacyjnej numer 340 przy ulicy Lokajskiego w Warszawie informują o dramatycznej jakości serwowanych posiłków. Z ich relacji wynika, że roślinny obiad składał się wyłącznie z suchego makaronu. Podawana zupa przypominała dzieciom wymiociny, natomiast mocno przypalona ciecierzyca została pomyłkowo wzięta za kawałek mięsa.

Jeden z wychowanków otrzymał na talerzu dodatkowe udko z kurczaka, ponieważ dla wszystkich zabrakło marchewki. Matki i ojcowie stanowczo podkreślają, że zaserwowane mięso wyglądało na wcześniej nadgryzione. Lista pretensji obejmuje również zbyt małą gramaturę dań, twarde kawałki drobiu oraz skrajnie rozgotowany ryż.

-

Dzieci przychodzą do domu i mówią, że nie zjadły, bo wyglądało jak kupa i rzygi. Moje dziecko tak długo stało w kolejkach, że nie zdążyło zjeść obiadu – napisała jedna z mam.

Inna matka, pani Ewa, opowiada o swoim synku uczęszczającym do oddziału przedszkolnego. Maluch kategorycznie odmawia spożywania jakichkolwiek dań przygotowanych w szkolnej kuchni.

-

Codziennie gotuję do śniadaniówki, aby zjadł obiad, niestety już zimny – pisze kobieta.

Setki dzieci rezygnują z obiadów w SP 340 na Ursynowie

Opiekunowie podjęli decyzję o masowym wypisywaniu swoich pociech z listy żywienia. Z informacji udostępnionych przez Radę Rodziców wynika, że początkowo obiady jadło tam blisko 720 uczniów. Na początku z abonamentu zrezygnowało około 30 osób. Następnie, w zaledwie kilkanaście godzin między 9 a 10 września, anulowano zamówienia dla kolejnej grupy liczącej blisko 250 wychowanków.

Przedstawiciele Rady Rodziców traktują tę sytuację jako otwarty bunt przeciwko standardom panującym w placówce. W internetowych dyskusjach opiekunowie szacują, że obecnie ciepłe dania otrzymuje zaledwie 350 uczniów. Warto dodać, że do całej placówki uczęszcza łącznie około 1200 podopiecznych.

W formalnym dokumencie datowanym na 12 września Rada Rodziców zaapelowała o natychmiastowe rozwiązanie kontraktu z obecnym dostawcą żywności. Jednocześnie przedstawiciele opiekunów kategorycznie zaznaczyli, że uczniowie nie mogą z dnia na dzień zostać pozbawieni dostępu do ciepłego jedzenia.

-

Wewnętrzne spory kompetencyjne, ostrożność urzędnicza ani obawa przed sporem z wykonawcą nie mogą zostać przerzucone na dzieci i rodziców – napisali przedstawiciele Rady Rodziców.

Rodzice ostrzegali przed firmą cateringową na Ursynowie

Obecny dostawca wygrał oficjalne postępowanie przetargowe jeszcze przed startem zajęć dydaktycznych. Od strony prawnej dokumenty podpisała szefowa placówki, reprezentując tym samym stołeczny samorząd. W procedurze uczestniczyły również struktury Dzielnicowego Biura Finansów Oświaty. Należy podkreślić, że opiekunowie uczniów nie mieli żadnego wpływu na ostateczny wybór wykonawcy.

Kluczowym elementem sprawy jest fakt, że Rada Rodziców alarmowała o potencjalnych zagrożeniach jeszcze przed wydaniem pierwszej porcji zupy. Sygnały ostrzegawcze wysyłano do dyrekcji z dużym wyprzedzeniem.

Dokładnie 9 lipca skierowano oficjalne pismo do władz szkoły oraz DBFO. Autorzy dokumentu zwracali uwagę na wcześniejsze potknięcia przedsiębiorstwa oraz przywoływali orzeczenie Krajowej Izby Odwoławczej. Ojcowie i matki domagali się rygorystycznej weryfikacji oferenta przed zawarciem jakichkolwiek ustaleń. Mimo tak stanowczej reakcji, w sierpniu ostatecznie wyłoniono właśnie tę firmę.

Obawy społeczności szkolnej miały bardzo solidne fundamenty. Krajowa Izba Odwoławcza analizowała wcześniej liczne wpadki tego samego przedsiębiorstwa podczas obsługi placówek we Wrocławiu. Zebrane akta potwierdzały brud w strefach roboczych, fatalną jakość serwowanego jedzenia oraz notoryczne odstępstwa od zatwierdzonego menu. Dodatkowo pojawiały się poważne luki w dokumentacji personelu kuchennego.

W tamtej sprawie KIO jednoznacznie stwierdziła, że przedsiębiorstwo dopuściło się zachowań o charakterze rażącego niedbalstwa. Mimo tak surowej oceny, kilka miesięcy później ten sam podmiot przejął żywienie najmłodszych mieszkańców Ursynowa.

Pierwsze poważne kłopoty organizacyjne wystąpiły już 3 września. Wtedy do budynku dotarł komunikat o podłożonym ładunku wybuchowym, przez co służby musiały ewakuować ponad 1350 osób przebywających na terenie obiektu.

Społeczność szkolna zarzuca ajentowi, że przygotowane wówczas porcje nie zostały w żaden sposób zabezpieczone. Następnego dnia część tego samego jedzenia miała ponownie trafić do dystrybucji. Piątkowe menu uległo nagłej modyfikacji, a w jadłospisie umieszczono potrawy zaplanowane pierwotnie na czwartek.

Opiekunowie stanowczo domagają się informacji o tym, co dokładnie działo się z żywnością w trakcie działań służb. Chcą wiedzieć, gdzie magazynowano produkty przez całą noc i czy ponowne serwowanie tych dań nie stanowiło zagrożenia dla zdrowia.

Sanepid skontrolował stołówkę w warszawskiej szkole

Niedługo później, dokładnie 9 września, próg szkolnej kuchni przekroczyli inspektorzy Sanepidu. Urzędnicy przeprowadzający kontrolę natychmiast wykryli całą listę rażących nieprawidłowości sanitarnych.

Z udostępnionego raportu pokontrolnego wynika, że na miejscu brakowało papierów poświadczających sprawność systemu wentylacyjnego oraz bieżących analiz mikrobiologicznych wody. Zastrzeżenia wzbudził również strój roboczy załogi. Co więcej, nie wszyscy zatrudnieni legitymowali się odpowiednimi badaniami zezwalającymi na kontakt z żywnością.

Naczynia przeznaczone do serwowania dań umieszczono bezpośrednio pod rurami odpływowymi. Ponadto obowiązkowe próbki żywnościowe leżały w sąsiedztwie brudnych, nieobranych warzyw.

Państwowa Inspekcja Sanitarna bezwzględnie nakazała natychmiastową likwidację wszystkich stwierdzonych uchybień w lokalu.

Ajent stołówki na Ursynowie odpiera zarzuty rodziców

Całą odpowiedzialność za proces gotowania ponosi przedsiębiorca, który od początku września zarządza tym punktem gastronomicznym. W wywiadzie udzielonym dziennikowi „Super Express” mężczyzna prezentuje całkowicie odmienny obraz obecnego kryzysu.

-

Nie zgadzam się z zarzutami części rodziców. Są bardzo niesłuszne. To po prostu kłamstwa – mówi.

Od dłuższego czasu przedsiębiorca czuje się celem bezpodstawnego hejtu i zmasowanych oszczerstw. Otwarcie nazywa całą sytuację starannie zaplanowaną intrygą wąskiej grupy osób, która ma na celu wyrzucenie go z wygranego przetargu.

-

To był konkretny atak kilku osób. Bardzo skuteczny niestety – dodaje.

Konflikt więc tylko się zaostrza. Część rodziców domaga się odejścia wykonawcy, a ajent przekonuje, że padł ofiarą zaplanowanej akcji.

Do sprawy odniósł się też burmistrz Ursynowa Robert Kempa.

Biznesmen ustosunkował się również do zarzutów sformułowanych przez urzędników sanitarnych. Tłumaczy, że niesprawny wyciąg stanowi własność placówki edukacyjnej. Z tego powodu ewentualne prace serwisowe leżą wyłącznie po stronie administracji budynku.

Właściciel firmy cateringowej podejrzewa, że dyrekcja przygotowuje już grunt pod wprowadzenie nowego podmiotu. Lawinowe rezygnacje z obiadów traktuje jako element większego spisku. Z jego relacji wynika, że opiekunowie zwoływali się poprzez wiadomości tekstowe, aby wspólnie zbojkotować jego usługi.

Mężczyzna kategorycznie odrzuca wszelkie pretensje. Gwarantuje wysoką jakość wydawanych posiłków i podkreśla, że sam się nimi żywi. Największy żal ma jednak o brak kredytu zaufania na starcie działalności. Kolejny rok edukacyjny ledwie wystartował, a potężna fala krytyki uderzyła w niego już w pierwszych dniach funkcjonowania kuchni.

Przedsiębiorca funkcjonuje w sektorze gastronomicznym od prawie dwóch dekad. Prowadzona przez niego działalność każdego dnia dostarcza około 6 tysięcy dań do różnych instytucji w całej Polsce. Deklaruje, że nigdy w swojej karierze nie doświadczył tak brutalnego starcia z klientami.

W obecnej sytuacji mocno żałuje przystąpienia do tego projektu. Poważnie analizuje możliwość skierowania całej awantury na drogę sądową. Przedsiębiorca zarzeka się, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, kto pociąga za sznurki w tej aferze.

Na obecnym etapie mężczyzna odmawia jednak ujawnienia konkretnych nazwisk oraz szczegółów tej intrygi.

Redakcja „Super Expressu” wysłała również zapytania do lokalnego samorządu. Dziennikarze chcieli ustalić, dlaczego zignorowano lipcowe ostrzeżenia i podpisano dokumenty ze sprawiającym problemy podmiotem. Urzędnicy nie przesłali jeszcze oficjalnego stanowiska w tej sprawie.

Konflikt na linii ojcowie-ajent stale eskaluje, jednak w centrum tego zamieszania znajdują się najmłodsi. To właśnie oni każdego dnia przychodzą na przerwę do jadalni i powinni otrzymać smaczne danie, które zjedzą bez najmniejszego strachu o własne zdrowie.

-

Uprzejmie informuję, że wspólnie z dyrekcją szkoły i DBFO pracujemy nad rozwiązaniem sytuacji – napisał w mediach społecznościowych.

Pożegnano ofiarę katastrofy kolejowej pod Przysuchą