W środę, 7 października, w Sądzie Okręgowym w Radomiu rozpoczął się proces Mirosława M. Były proboszcz z miejscowości Przypki pod Tarczynem został wprowadzony na salę rozpraw w kajdankach przez uzbrojonych funkcjonariuszy policji. Podczas przemarszu mężczyzna unikał kontaktu wzrokowego i szedł ze spuszczoną głową. Sprawa ta uchodzi za jedno z najbardziej wstrząsających zdarzeń kryminalnych minionych miesięcy.
Sąd postanowił częściowo utajnić rozprawę, zmuszając dziennikarzy i publiczność do opuszczenia sali na czas składania wyjaśnień przez oskarżonego. Zanim to jednak nastąpiło, sędzia Stanisław Olchowy przystąpił do rutynowego potwierdzania danych osobowych. Gdy zapytał Mirosława M. o stan cywilny i ewentualne potomstwo, doszło do nieoczekiwanej wymiany zdań.
− Stan cywilny? Kawaler?
− Wolny
− Ma pan dzieci?
− Tak, jedno
Po tym zaskakującym wyznaniu i odczytaniu aktu oskarżenia, przedstawiciele mediów musieli wyjść z sali.
Były duchowny usłyszał zarzuty popełnienia dwóch przestępstw. Do pierwszego ataku miało dojść 5 czerwca 2025 roku, kiedy to oskarżony miał uderzyć 68-letniego Anatola C. twardym narzędziem, powodując czterocentymetrową ranę potylicy. Zaledwie kilka tygodni później, pod koniec lipca, były proboszcz miał zaatakować ponownie, tym razem uderzając ofiarę siekierą w głowę. Biegli medycyny sądowej doliczyli się sześciu ran rąbanych oraz stwierdzili rozległy krwotok wewnętrzny.
− Następnie oblał Anatola C. substancją łatwopalną, którą podpalił, w skutek czego pokrzywdzony doznał oparzeń drugiego i trzeciego stopnia obejmujących głowę, tułów, kończyny górne i dolne, czym doprowadził do zgonu pokrzywdzonego.
Takie ustalenia przedstawił prokurator Andrzej Stojak. W sądzie zeznawał również świadek Marcin L., który jako pierwszy przybył na miejsce tragedii.
− Zobaczyłem palącego się człowieka na ziemi. Zacząłem obsypywać go ziemią z pola obok. Widziałem, że już ten człowiek nie żyje. Wykonałem połączenie z numerem alarmowym. W końcu udało się przekazać informacje o rodzaju zdarzenia i miejscu zdarzenia. W oczekiwaniu na przyjazd służb jeszcze próbowałem dogasić ciało oraz próbował dodzwonić się do żony oraz zadzwoniłem do sąsiadów, żeby przyjechali, bo obawiałem się o swoje życie. Po czym w ciągu kilku minut przyjechała ochotnicza straż pożarna oraz inne służby. I dalej czynności były przeprowadzane przez służby.
Zamordowany 68-latek i Mirosław M. poznali się ćwierć wieku wcześniej w warszawskim Sanktuarium św. Faustyny. Ich relacja z biegiem lat stawała się coraz bardziej napięta. Bezdomny Anatol C. rzekomo przekazał duchownemu swój rodzinny majątek w postaci działki, oczekując w zamian dożywotniego utrzymania i dachu nad głową. Śledczy ustalili, że to właśnie nieustanne prośby ofiary o wywiązanie się z tej obietnicy wywołały wściekłość oskarżonego i doprowadziły do krwawego finału. Od lipca 2025 roku były proboszcz przebywa w areszcie. Kolejne posiedzenie sądu w tej sprawie wyznaczono na 21 października.