Bojkot w ursynowskiej podstawówce zadziałał. Znienawidzony ajent opuszcza szkolną stołówkę

Uczniowie wracali do domów z płaczem i pustymi brzuchami. Rodzice alarmowali o obrzydliwych obiadach, a kontrolerzy Sanepidu wyliczali kolejne nieprawidłowości, wręczając mandaty. Po fali rezygnacji z posiłków w Szkole Podstawowej nr 340 na warszawskim Ursynowie urzędnicy przekazali, że współpraca z ajentem dobiega końca.

O kłopotach w Szkole Podstawowej nr 340 przy ul. Lokajskiego "Super Express" informował już w połowie września. Rodzice narzekali m.in. na skromne porcje, żylaste mięso, rozgotowany ryż oraz potrawy, których uczniowie odmawiali spożywania. Kolejne rodziny masowo wypisywały pociechy ze stołówki. Początkowo obiady jadło tam około 720 dzieci, lecz wkrótce liczba ta zmniejszyła się o kilkaset osób.

Ajent stanowczo odrzucał wtedy zarzuty.

-

Nie zgadzam się z zarzutami części rodziców. Są bardzo niesłuszne. To po prostu kłamstwa - mówił „Super Expressowi”

Przekonywał, że padł ofiarą zorganizowanej nagonki.

-

To był konkretny atak kilku osób. Bardzo skuteczny niestety - dodawał.

Dzieci wracały głodne

Po ukazaniu się naszego artykułu skontaktowali się z nami kolejni zbulwersowani ojcowie i matki. Z ich relacji wynika, że kłopoty pojawiły się już na samym początku roku szkolnego. W pierwszych dniach miało brakować nawet tac, przez co uczniowie nosili naczynia w dłoniach, co niekiedy kończyło się wylaniem zupy czy upuszczeniem drugiego dania. Gdy tace w końcu dostarczono, było ich zbyt mało, a niektóre rzekomo wydawano brudne.

Zastrzeżenia dotyczyły także jakości potraw. Mięso bywało surowe lub dla odmiany przypalone. Rodzice bez ogródek nazywali niektóre dania niejadalnymi.

Pani Ilona, wychowująca trzech synów, przyznaje, że jej pociechy odmawiały jedzenia w szkole. Chłopcy wracali do domu z pustymi żołądkami, niekiedy wręcz zapłakani.

Zaniepokojeni opiekunowie próbowali na własne oczy zobaczyć, jak funkcjonuje szkolna stołówka i jak wyglądają wydawane porcje. Dyrekcja placówki nie wydała jednak zgody na ich obecność w czasie przerw obiadowych. Dziennikarze „Super Expressu” również nie otrzymali pozwolenia na wejście do kuchni i skosztowanie szkolnego menu.

Sanepid wszedł do kuchni

Skargi rodziców nie były jedynym dowodem na to, że w stołówce dzieje się źle. Wizytę w szkole kilkukrotnie złożyli inspektorzy Sanepidu.

Wykaz odkrytych nieprawidłowości okazał się długi. Kontrolerzy zwrócili uwagę m.in. na zepsuty wyciąg, brak aktualnych badań wody, składowanie opakowań transportowych tuż pod rurami odpływowymi, brudne ubrania robocze załogi oraz braki w wymaganej dokumentacji. Nie przedstawiono także procedur bezpieczeństwa żywności bazujących na systemie HACCP ani zaświadczeń o przebytych szkoleniach personelu. Próbki kontrolne potraw trzymano obok brudnych warzyw.

Podczas jednej z wizyt na kuchni przebywało 13 pracowników. Inspektorom pokazano zaledwie cztery ważne orzeczenia do celów sanitarno-epidemiologicznych. Z tego tytułu wystawiono mandat na kwotę 400 zł. Pracownicy Sanepidu pojawili się w placówce jeszcze 18 i 21 września. Ta pierwsza kontrola zakończyła się kolejną karą finansową.

Dla pani Ilony rezultaty inspekcji przesądziły sprawę.

-

Jeżeli Sanepid mówi, że jest brudno, że pracownicy nie mają odpowiednich badań, to jaka może być decyzja rodzica? Trzeba wypisać dziecko z takich obiadów – mówi.

„To gorzko-słodkie zwycięstwo”

Tym razem działania rodziców przyniosły skutek. Z polecenia burmistrza Ursynowa Roberta Kempy 21 września odbyło się spotkanie przedstawicieli firmy INVESTO, dyrekcji podstawówki oraz Dzielnicowego Biura Finansów Oświaty.

-

Szkoła i wykonawca zgodziły się, że w zaistniałej sytuacji nie ma możliwości dalszego realizowania umowy i postanowiły ją rozwiązać z dniem 2 października 2026 r. za porozumieniem stron – przekazał „Super Expressowi" urząd dzielnicy.

Od 5 października żywienie ma przejąć wykonawca zastępczy. Będzie działał do czasu przeprowadzenia nowego postępowania i wyłonienia kolejnej firmy.

Sam ajent na razie nie chce komentować informacji przekazanej przez urząd. W rozmowie z „Super Expressem” nie potwierdził nawet rozwiązania umowy. Zapowiedział, że do sprawy będzie mógł szerzej odnieść się za kilka dni.

-

To gorzko-słodkie zwycięstwo. To sukces, jednak nie rozumiem, dlaczego umowa została rozwiązana za porozumieniem stron. Nie znamy też warunków. Ajent powinien dostać wilczy bilet – mówi Ilona.

Jak zaznacza, kluczowe jest to, że ten koszmar dobiega końca. Rodzice muszą jedynie przetrwać nadchodzący tydzień i szykować jedzenie w domach. Następnie spodziewają się powrotu do standardowego żywienia.

Poprzednia firma wróci do szkoły?

Z ustaleń „Super Expressu” wynika, że prawdopodobnie stołówkę przejmie podmiot, który funkcjonował tam w poprzednich latach. Zdaniem Rady Rodziców byłaby to najbardziej optymalna opcja, ponieważ dawny usługodawca doskonale orientuje się w realiach tej placówki.

Co interesujące, o takim scenariuszu wspominał wcześniej dotychczasowy ajent. W wywiadzie dla „Super Expressu” twierdził, że zmasowana krytyka jego usług ma na celu wyrzucenie go ze szkoły i utorowanie drogi dla poprzedniego wykonawcy.

Zanim nastąpi zmiana, zaplanowano spotkanie rodziców z nowym dostawcą posiłków. Będą na nim omawiane oczekiwania uczniów i reguły przyszłej współpracy.

-

Cieszymy się z wygranej. To dzięki olbrzymiej pracy nas wszystkich, rodziców. Pomogły oczywiście również media – mówi Robert Wojciechowski, przewodniczący Rady Rodziców SP nr 340.

Z relacji rodziców wynika, że podczas tego sporu działali niezwykle solidarnie. Jedzenie na stołówce kupowali już tylko ci, którzy absolutnie nie mieli szans zorganizować pociechom ciepłego posiłku we własnym zakresie.

Dlaczego w ogóle do tego doszło?

Zerwanie umowy nie kończy jednak tego tematu. Opiekunowie zamierzają dociec, w jaki sposób w ogóle wybrano tego usługodawcę.

Swoje wątpliwości zgłaszali jeszcze przed startem roku szkolnego. Przypominali, że firma miała wcześniej problemy ze swoimi zleceniami i żądali jej weryfikacji. Mimo to ajent wygrał przetarg i we wrześniu przejął szkolną kuchnię.

Dziś ojcowie i matki cieszą się z wygranej batalii o zmianę wykonawcy. Nadal czekają jednak na odpowiedź na kluczowe pytanie: dlaczego do tego zamieszania w ogóle musiało dojść?

Rozmowa z St. post. Klaudia Węcłaś II Wicemiss Polski