Areszt dla drugiego kolegi Łukasza Żaka
Sprawa Łukasza Żaka, głównego winowajcy koszmaru na Trasie Łazienkowskiej do którego doszło w 2024 roku, nie schodzi z czołówek mediów. Warto jednak pamiętać, że na ławie oskarżonych zasiedli także inni mężczyźni zamieszani w to tragiczne wydarzenie.
Wymiar sprawiedliwości nie był łaskawy dla kompanów sprawcy, skazując ich na kary od dwóch do pięciu lat pozbawienia wolności za ułatwianie mu ucieczki przed odpowiedzialnością. Konsekwencją wyroku była decyzja Sądu Rejonowego Warszawa-Śródmieście o konieczności natychmiastowego osadzenia całej trójki w areszcie.
Jak donoszą służby, z sądowym nakazem pogodził się początkowo wyłącznie Kacper K. Mężczyzna samodzielnie przyszedł na policję, skąd trafił za kraty. Ślad po jego dwóch kolegach niespodziewanie zaginął.
W ostatnich dniach nastąpił jednak nieoczekiwany zwrot akcji. Stacja Polskie Radio RDC poinformowała, że we wtorek Damian J., kolejny z ukrywających się mężczyzn, zjawił się popołudniem w białołęckim zakładzie karnym.
To nie koniec policyjnych poszukiwań. Trzeci z uciekinierów, Mikołaj N., w dalszym ciągu skutecznie unika organów ścigania, łamiąc nałożony na niego obowiązek regularnego stawiennictwa.
Wypadek na Trasie Łazienkowskiej
Tragedia na stołecznej Trasie Łazienkowskiej rozegrała się 15 września 2024 roku. Wtedy to prowadzony z zawrotną prędkością Volkswagen uderzył w Forda, w którym znajdowała się czteroosobowa rodzina: rodzice i dwoje malutkich dzieci w wieku czterech oraz ośmiu lat. W wyniku zderzenia 37-letni ojciec zmarł na miejscu. Jego żona, prowadząca auto, oraz dwoje dzieci zostali przewiezieni do szpitala z obrażeniami.
Poważnie ucierpiała również Paulina K., pasażerka Volkswagena, którym kierował sprawca.
Znajomi Łukasza Żaka zorganizowali mu ucieczkę, by uniknął wymiaru sprawiedliwości. Zbieg wpadł w Niemczech na podstawie europejskiego nakazu aresztowania. Warszawski sąd orzekł wobec niego surową karę 20 lat więzienia oraz na zawsze odebrał mu prawo do kierowania wszelkimi pojazdami.
Z ustaleń śledczych wynika, że na odcinku z limitem prędkości 80 km/h, pędził on w momencie kolizji zatrważające 226 km/h. Na domiar złego oskarżony prowadził samochód, będąc pod wpływem alkoholu, i operował telefonem komórkowym.