W kwietniu na jaw wyszły kolejne fakty dotyczące tragicznej śmierci sierżanta sztabowego Mateusza Biernackiego. Mundurowy zginął od rany postrzałowej w trakcie policyjnej akcji, która miała miejsce 24 listopada 2024 roku przy ulicy Inżynierskiej w Warszawie. Najświeższe analizy przygotowane przez biegłych dowodzą, że strzelający funkcjonariusz złamał obowiązujące w policji procedury.
− Opinia biegłego potwierdza to, na co wskazywał materiał dowodowy. Biegły ocenił, że użycie broni było niezgodne z przepisami i nieuzasadnione okolicznościami − mówił w rozmowie z TVP3 Warszawa prokurator Remigiusz Krynke.
Analiza przeprowadzona przez specjalistę skupiała się na technikach operacyjnych wykorzystywanych podczas tej tragicznej akcji. Biegły jednoznacznie uznał, że strzelający policjant, Bartosz Z., doskonale wiedział, do kogo celuje. Z naszych informacji wynika, że organy ścigania posiadają już również pełną dokumentację z zakresu medycyny sądowej. Do skompletowania akt brakuje jedynie oceny sądowo-psychiatrycznej, która zadecyduje o ostatecznym kształcie postępowania.
− Wpłynęła opinia z zakresu techniki i taktyki przeprowadzania interwencji i opinia z zakresu medycyny sądowej. Czekamy jeszcze na opinię sądowo-psychiatryczną. Powinna ona wpłynąć lada moment − przekazała nam prok. Karolina Staros z Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga.
Jeżeli dokumentacja od psychiatrów nie ujawni żadnych szczególnych okoliczności łagodzących dla podejrzanego, prokuratura może skierować gotowy akt oskarżenia do sądu jeszcze w kwietniu bieżącego roku.
Śmierć Mateusza Biernackiego. Przebieg interwencji na Pradze
Feralnego dnia funkcjonariusze zostali wezwani do krewkiego napastnika, który biegał po ulicy, wymachując maczetą. Na miejsce wysłano łącznie dwa patrole, w tym mundurowych oraz kryminalnych po cywilnemu. Ze względu na potężne braki w kadrach, w akcji musiał wziąć udział nawet kierownik jednego z wydziałów. Podejrzany Bartosz Z. stał na podwórzu z wyciągniętą bronią, rzekomo zabezpieczając teren operacji. Nagle pociągnął za spust, celując do wybiegającego z bloku kolegi z komendy. Z nieoficjalnych doniesień wynika, że na ułamek sekundy przed tragedią rozległ się okrzyk: „Nie strzelaj, swój!”. Pocisk wystrzelony zaledwie z kilku metrów trafił Mateusza Biernackiego w okolice obojczyka. Ranny mundurowy zmarł po przewiezieniu do placówki medycznej, osierocając dwójkę dzieci.
Strzelający funkcjonariusz usłyszał już prokuratorskie zarzuty przekroczenia uprawnień i spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu ze skutkiem śmiertelnym, za co grozi mu od pięciu lat więzienia aż do dożywocia. Wobec mężczyzny nie zastosowano jednak aresztu tymczasowego. Decyzją sądu został oddany pod policyjny dozór, musi meldować się w jednostce pięć razy w tygodniu, wpłacił 50 tysięcy złotych poręczenia majątkowego i ma kategoryczny zakaz kontaktów ze świadkami. Zawieszono go również w czynnościach służbowych. Tymczasem agresywny Artur Ch., od którego rozpoczęła się cała interwencja, usłyszał już nieprawomocny wyrok dwóch lat i ośmiu miesięcy bezwzględnego pozbawienia wolności, a sąd nałożył na niego obowiązek zadośćuczynienia na rzecz pokrzywdzonych i specjalnego funduszu.