Spis treści
Dramatyczny pożar w Waśkowólce. Kobieta ruszyła na pomoc
Do tragicznych wydarzeń doszło wiosną 2019 roku we wsi Waśkowólka w województwie mazowieckim. Feralnego poranka 49-letnia Joanna O. wyszła na podwórko i zauważyła kłęby dymu nad domem sąsiadów. Kobieta natychmiast ruszyła do płonącego, drewnianego budynku. Wiedziała, że w środku znajduje się dwoje seniorów - 82-letni Stanisław G., poruszający się na wózku inwalidzkim, oraz jego schorowana 87-letnia żona Irena.
Mimo gęstego dymu i buchających płomieni, zasłaniając twarz chustką, próbowała znaleźć starsze małżeństwo. Nawoływała sąsiadów, jednak nikt nie odpowiadał. Ogień szybko odciął jej drogę ucieczki. Kobieta poruszała się na czworakach i zaczęła wołać o pomoc, po czym straciła przytomność. Zginęła w płomieniach razem z seniorami.
Gdy na miejsce przyjechała straż pożarna, płonął już cały budynek. Po ugaszeniu ognia w zgliszczach odkryto trzy zwęglone ciała. Pani Joanna osierociła zaledwie 7-letniego syna Patryka.
"Moja mama zginęła w pożarze. Bardzo ją kocham. Nie wiem, jak to się stało, to wie tylko pan Jezus. Brakuje mi mamusi i chciał bym, żeby była ze mną" - mówił chłopiec w rozmowie z dziennikarzami, tuląc się do cioci.
Patryk trafił pod opiekę siostry zmarłej Joanny O.
Rodzina zmarłej pogrążyła się w głębokiej żałobie. Ośrodek Pomocy Społecznej w Huszlewie zapewnił 7-latkowi opiekę psychologa, a pieczę nad dzieckiem przejęło rodzeństwo 49-latki.
"On wie, co się stało, ale jeszcze nie wszystko rozumie. Nie oddamy go nikomu. Pragniemy, by został razem z najbliższymi. Był bardzo zżyty z mamą i tylko my możemy ją zastąpić. Postaramy się przez sąd, by trafił na wychowanie do nas. Chcemy być dla niego rodziną zastępczą" - zapowiadała wówczas w rozmowie z mediami pani Anna, siostra ofiary.
Decyzją bliskich i zgodnie z obietnicami GOPS-u, chłopiec pozostał z rodziną.
"Będziemy też wspierać siostrę pani Joanny, by formalnie otrzymała pieczę nad chłopcem" - mówiła "Super Expressowi" Danuta Woch, kierowniczka gminnego ośrodka.
Śledztwo i wzruszające pożegnanie zmarłej w pożarze bohaterki
Po tragedii ruszyło policyjno-prokuratorskie śledztwo mające na celu wyjaśnienie przyczyn pożaru. Według wstępnych ustaleń policji, przyczyną pojawienia się ognia mogło być zwarcie w przestarzałej instalacji elektrycznej w domu seniorów.
Przed pogrzebem konieczne było przeprowadzenie czasochłonnych badań DNA, by potwierdzić tożsamość ofiar. To opóźniło pochówek, co było bardzo trudne dla małego chłopca. Pani Anna B., ciocia chłopca, przyznała w rozmowie z mediami, że Patryk wciąż dopytywał, kiedy będzie mógł pożegnać mamę. Dla bliskich zmarła 49-latka stała się prawdziwą bohaterką, bo na co dzień pomagała niepełnosprawnym sąsiadom, opiekując się nimi, jak własną rodziną.
Na pogrzebie Joanny O. stawiły się tłumy mieszkańców, a 7-letni Patryk modlił się w kościele, by na koniec wrzucić na trumnę matki białą różę, na znak miłości i pożegnania.
"Teraz wiem, że mamie będzie dobrze w niebie. Dostała ode mnie różę, by wiedziała, że bardzo ją kocham" - mówił chłopiec.