Utrata wieloletniego współpracownika mocno odbiła się na stołecznych mundurowych. Zaledwie kilka dni po tym nieszczęśliwym zdarzeniu niektórzy strażnicy postanowili otworzyć się przed mediami. Dziennikarz gazety „Super Express” wysłuchał poufnych relacji kilku zatrudnionych tam osób.
Tragiczne wydarzenia z wtorku 10 marca błyskawicznie obiegły wszystkie serwisy informacyjne w kraju. Z samego rana, krótko przed godziną dziewiątą, dyspozytor odebrał zgłoszenie o awanturze na warszawskim Grochowie. Do sprawdzenia sytuacji na placu Szembeka zadysponowano jednostkę interwencyjną, w której skład wchodził posiadający pokaźny staż zawodowy strażnik Krzysztof T.
Tragedia na placu Szembeka w Warszawie. Krzysztof T. stracił przytomność w radiowozie
Współpracownik z patrolu zaznaczył, że początek zmiany wyglądał standardowo. Funkcjonariusze przeszli odprawę, pobrali wyposażenie i ruszyli w miasto. W czasie jazdy zwyczajnie rozmawiali. Gdy dotarli na plac Szembeka, zatrzymali auto i zaczęli weryfikować okoliczności zgłoszenia.
− Dobrze, teraz nasłuchujemy −
Te słowa rzucił Krzysztof T. po uchyleniu szyb w pojeździe. Następnie w radiowozie zapadła całkowita cisza. Gdy kilkadziesiąt sekund później kolega spojrzał na niego, ogarnęło go przerażenie. Cera funkcjonariusza była blada, a on nie odpowiadał.
Drogą radiową błyskawicznie wezwano wsparcie, informując centralę o krytycznym stanie kolegi. Ruszyła akcja ratunkowa. Szybko zjawiła się kolejna załoga, a mundurowi przystąpili do uciśnięć klatki piersiowej i podłączyli defibrylator. Niedługo potem przyjechało pogotowie, które przejęło poszkodowanego i odwiozło go na oddział. Mimo wielkiego wysiłku ze strony personelu kliniki, zgon 63-letniego funkcjonariusza okazał się nieunikniony.
Informacja o śmierci wieloletniego kolegi wywołała falę poruszenia wśród mundurowych.
− Oczywiście szok wśród strażników był ogromny. Nie da się tego stopniować, trzeba powiedzieć wprost: to był szok −
Taki komentarz wygłosił oficer prasowy warszawskich struktur Sławomir Smyk. Mężczyzna nadmienił, że relacja drugiego członka załogi absolutnie nie sugerowała jakichkolwiek problemów kondycyjnych u zmarłego przed podjęciem czynności.
Zmarły Krzysztof T. prosił o przeniesienie. Komentarz samorządowca z Pragi-Południe
Wydarzenie szybko sprowokowało falę gorących dyskusji w sieci. Własną opinię zdecydował się opublikować stołeczny polityk z Pragi-Południe, Marek Borkowski.
− Czasem mundur zasłania nam człowieka. Na placu Szembeka zmarł nie „strażnik”, ale mąż, ojciec i kolega. Człowiek, który mimo pogarszającego się zdrowia do końca był na posterunku −
Taką opinię samorządowiec zamieścił w sieci. Co ciekawe, zmarły od dawna aplikował o posadę charakteryzującą się mniejszym obciążeniem organizmu. Przedstawiciel mieszkańców jasno wskazał, że mundurowy próbował zrezygnować z wyczerpujących fizycznie patroli na rzecz stanowiska biurowego.
Sławomir Smyk potwierdził fakt istnienia oficjalnego dokumentu w tej sprawie. Rzecznik zaznaczył, że dowództwo poparło plan przeniesienia podwładnego do strzeżenia budynków, co oznaczałoby obowiązki stacjonarne. Problem polegał na tym, że w danym momencie brakowało wolnych wakatów na tym szczeblu.
− Wniosek musi być zaakceptowany przez naczelnika oraz komendanta i musi być wolne miejsce. Gdyby było, myślę, że nie byłoby problemu z przeniesieniem −
Przedstawił oficer prasowy. Sprawa budzi jednak poważne kontrowersje. Do redakcji spłynęły bowiem nieoficjalne wiadomości od funkcjonariuszy, rzucające nowe światło.
Kulis pracy w Straży Miejskiej w Warszawie. Anonimowe relacje funkcjonariuszy
Utrata wieloletniego współpracownika wywołała ostre dyskusje o trudach tego zawodu. Grupa mundurowych udzieliła dziennikarzom „Super Expressu” wypowiedzi bez podawania swoich danych. Część z tych opowieści doskonale ukazuje, z jakimi problemami zmagają się patrole już na etapie samego szykowania się do pracy.
− Po odprawie wszyscy idą do magazynku po sprzęt. W środku może być tylko jedna osoba, więc tworzy się kolejka. Każdy musi ręcznie wpisać radiostację, telefon, aparat, plecak medyczny czy AED. To trwa −
Takie wnioski płyną z pierwszej relacji. Z kolei inny pracownik wylał swoje frustracje odnośnie najnowszych wymogów ubioru.
− Ostatnio dostaliśmy polecenie, żeby przychodzić na odprawę już w pełnym oporządzeniu. Kamizelki, kurtki, wszystko. Potem stoimy tak w kolejce nawet kilkadziesiąt minut −
Tak brzmi anonimowa relacja z jednostki. Po otrzymaniu wymaganego wyposażenia na funkcjonariuszy czeka długi spacer do oddalonego o spory dystans placu postojowego.
− Przy większej liczbie patroli powoduje to znaczne opóźnienia wyjazdu w rejon −
Wyznał następny pracownik jednostki. Ten przydługi proces stanowi utrapienie, a najbardziej uderza w osoby, którym doskwierają dolegliwości zdrowotne.
Głos instytucji wyraźnie zaznacza, iż przy jakichkolwiek niepokojących objawach kadra kierownicza zareagowałaby od razu. Z informacji rzecznika wynika, że w formacji zatrudnionych jest przeszło stu czterdziestu specjalistów z zakresu ratownictwa, a poszczególne referaty dysponują ludźmi gotowymi do wsparcia medycznego.
− Omdlenie spowodowałoby reakcję kierownictwa oddziału. [...] Strażnik nie wstałby i nie zostałby zmuszony do wyjścia w rejon −
Zapewnił reprezentant prasowy warszawskiej komendy. Tymczasem inni mundurowi uważają, że Krzysztof T. od dłuższego czasu uskarżał się na poważne spadki kondycji fizycznej.
− Zdarzyło się, że zasłabł w pracy. Przyjeżdżała karetka albo był zabierany do szpitala. Leczył się na nadciśnienie −
Przekonuje anonimowy podwładny w rozmowie. Obecnie nie ma pewności, czy dawne dolegliwości rzutowały na krytyczny finał na Grochowie. Ponadto informatorzy redakcji zaczęli wyciągać na światło dzienne podobne nieszczęścia z przeszłości.
− Rok temu w jednym z oddziałów strażnik przyszedł na odprawę i powiedział, że źle się czuje. Odesłano go do domu. Kilka minut później przewrócił się na ulicy i zmarł −
przedstawia sytuację jeden z ludzi w mundurze. Rzecznik formacji nie ukrywa wiedzy o tym zdarzeniu, dodając wszakże, iż denat formalnie posiadał już wystawione zwolnienie lekarskie. Z korespondencji wysyłanej do dziennikarzy wyłania się także obraz domniemanego omijania wewnętrznych procedur oraz podstawowych prawideł BHP.
− Już dawno powinna być tam kontrola, jednak sprawy były zamiatane pod dywan, tak jak w przypadku zaginięcia zdanego już przez strażników sprzętu służbowego: dwóch przenośnych radiostacji, kamery nasobnej i dwóch aparatów fotograficznych. Kwota zaginionego sprzętu wyniosła ponad 12 tysięcy złotych, jednak żaden z naczelników nie poniósł za to konsekwencji służbowych −
Wskazują anonimowo mundurowi. Oficjalny reprezentant warszawskiej komendy kontruje, zarzekając się, iż kadra działa zgodnie z prawem pracy. Wyjaśnia, że przełożeni nie wymuszają na pracownikach zostawania po godzinach, a każdorazowe wydłużenie służby wymaga wyraźnej zgody danego patrolującego.
− Oczywiście jest jakiś procent, który może być z czegoś niezadowolony −
deklaruje urzędnik. Mundurowym zagwarantowano ponadto stałe konsultacje z wykwalifikowanym terapeutą.
– Od trzech lat mamy psychologa, do którego dostęp ma każdy funkcjonariusz i pracownik. Jedna osoba po tym incydencie z panem Krzysztofem również skorzystała z pomocy psychologa. Czasami zdarza się, że strażnicy odnajdą zwłoki. To też wymaga wsparcia, a nikt nie jest z kamienia –
pointuje Sławomir Smyk. Mimo różnych opinii nikt nie ma wątpliwości, że dla bliskich i kompanów ze zmiany Krzysztof T. stanowił niezwykle ważną osobę, a nie tylko cyfrę w systemie. Do ostatnich chwil swojego życia rzetelnie wykonywał powierzone zadania.