Zadzwonił i wyszeptał: "za chwilę umrę". 40-letni Grzegorz zamarzał w opuszczonej szopie

2026-02-04 14:32

40-letni Grzegorz był o krok od śmierci. Mężczyzna omal nie zamarzł w szopie, w której mieszkał. Ostatkiem sił zadzwonił po pomoc. Słabnącym głosem powiedział strażnikom miejskim, że „za chwilę umrze”. Funkcjonariusze błyskawicznie zjawili się na miejscu. - Weszliśmy do szopy. Było widać, że jest źle. Szron na ścianach, nawet na daszku jego czapki. Pan Grzegorz siedział skulony, miał lodowate dłonie, był niebieski na twarzy - relacjonują strażnicy.

Zadzwonił i wyszeptał: za chwilę umrę. 40-letni Grzegorz zamarzał w opuszczonej szopie

i

Autor: Straż Miejska w Warszawie/ Materiały prasowe
  • 40-latek z Wawra był bliski śmierci z wychłodzenia.
  • Mężczyzna odmówił noclegu, by później zadzwonić po pomoc i wyszeptać: "Za chwilę umrę".
  • Strażnicy miejscy podjęli dramatyczną akcję ratunkową, by ocalić jego życie.
  • Dowiedz się, jak zakończyła się ta historia i co uratowało Grzegorza.

Warszawa Wawer. Pan Grzegorz omal nie zamarzł w szopie!

40-letni pan Grzegorz jest osobą w kryzysie bezdomności. We wtorek, 3 lutego, około godz. 1:20 strażnicy miejscy próbowali go przekonać, by opuścił szopę na opuszczonej działce i spędził noc w noclegowni. Odmówił. - Wtedy jeszcze w szopie było nagrzane, ale tłumaczyliśmy mu, że nie może tam zostać. Prosiliśmy: „zawieziemy Cię, prześpisz noc, ogrzejesz się i wrócisz”. Nie chciał - relacjonuje st. insp. Elżbieta Banaszek z Referatu Patrolowo-Interwencyjnego.

Kilka godzin później, około 6 rano mężczyzna sam wykręcił numer 986 zadzwonił po pomoc do strażników miejskich. Słabnącym głosem przekazał, że jest mu bardzo zimno, źle się czuje i „za chwilę umrze”. Funkcjonariusze natychmiast pojechali na miejsce. W ciągu kilkunastu minut dotarli pod znany im adres. St. insp. Mariusz Dróżdż, doświadczony ratownik KPP wziął torbę ratowniczą, jego partnerka z patrolu - defibrylator.

W szopie panował ziąb!

- Weszliśmy do szopy. Było widać, że jest źle. Szron na ścianach, nawet na daszku jego czapki. Pan Grzegorz siedział skulony, miał lodowate dłonie, był niebieski na twarzy. Spytaliśmy, dlaczego nie napalił w „kozie” - wyszeptał, że bał się wyjść na mróz. Okryliśmy go, czym się dało, wezwaliśmy pogotowie. Zebraliśmy suche gałęzie z okolicy, rozpaliliśmy ogień i czekaliśmy na ratowników. Dosłownie widać było, jak zmienia się kolor skóry mężczyzny - relacjonuje st. insp. Banaszek.

Pomoc przyszła w ostatniej chwili. Mocno przemarznięty 40-latek został natychmiast zabrany przez pogotowie do szpitala.

Gołoledź paraliżuje Polskę! Warstwa lodu w Warszawie
Sonda
Czy nie możesz się doczekać końca zimy?