Zwłoki z dokumentami 13-letniej Roksany wyłowione z Wisły. Ekspert komentuje hipotezę o podrzuceniu ciała

Dziesiątki strażaków i policjantów przez 17 dni bezskutecznie przeczesywały teren w poszukiwaniu nastolatki. Przełomu dokonał dopiero zdeterminowany ojciec zaginionego Krzysztofa, który natrafił na zwłoki z dokumentami 13-letniej Roksany zaledwie 50 metrów od miejsca, gdzie widziano ją po raz ostatni. Dlaczego służby wcześniej nie zauważyły ciała? Specjalista od poszukiwań wodnych wyjaśnia nam, jaki scenariusz mógł się tam rozegrać.

Roksana
Autor: reprodukcja Maciej Gos/Super Expres; Tadeusz Mróz

Zaginięcie 13-letniej Roksany Jurczyszyn zgłoszono 10 października, a trop za nastolatką urywał się w rejonie warszawskiego Mostu Świętokrzyskiego. W zakrojoną na szeroką skalę akcję poszukiwawczą zaangażowano policjantów, strażaków oraz płetwonurków, którzy dokładnie sprawdzali samą rzekę Wisłę i tereny przyległe do przeprawy. Mimo upływu kolejnych dni działania te nie przynosiły żadnego rezultatu i dziewczynki nie udawało się odnaleźć.

Przełomowy moment nadszedł we wtorek, 27 października, za sprawą Daniela Dymińskiego, ojca poszukiwanego od ponad trzech lat Krzysztofa, któremu towarzyszyli Marcin Gołuchowski oraz Honorata Kożuchowska. Grupa ta wyłowiła z Wisły zwłoki młodej osoby, znajdujące się zaledwie 50 metrów od schodków, gdzie po raz ostatni widziano zaginioną Roksanę. Chociaż przy ciele zabezpieczono szkolną legitymację nastolatki oraz klucze z breloczkiem opatrzonym napisem „Roxi”, to organy ścigania w postaci policji i prokuratury wciąż oficjalnie nie potwierdziły tożsamości zmarłej.

„W poszukiwania zaangażowałem się z potrzeby serca i na prośbę przyjaciół rodziny zaginionej. Po odnalezieniu ciała niezwłocznie powiadomiłem służby, a następnie przekazałem policji szczegółowe informacje” – mówił nam Daniel Dymiński.

Na ten moment ani ojciec zaginionego Krzysztofa, ani reszta jego grupy poszukiwawczej nie zamierzają udzielać szerszych wypowiedzi na temat tego tragicznego odkrycia. W ich ocenie jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie na głębsze komentarze w tej sprawie.

Poszukiwania 13-letniej Roksany w Warszawie. Policja odpowiada na pytania

Zwróciliśmy się do stołecznych funkcjonariuszy z pytaniem, dlaczego ciało zostało odnalezione przez prywatnych poszukiwaczy, podczas gdy państwowe służby bezskutecznie przeczesywały ten sam rejon przez kilkanaście dni.

Reprezentująca Komendę Rejonową Policji Warszawa III asp. Małgorzata Gębczyńska zaznacza, że kluczowy jest sam fakt odnalezienia zwłok, a nie to, kto tego dokonał. Funkcjonariuszka zauważa, że na ciało mógł natrafić zarówno wyspecjalizowany zespół poszukiwawczy, jak i zupełnie przypadkowy przechodzień, dodając jednocześnie, że policyjna akcja od początku obejmowała także sprawdzanie nurtu rzeki.

„Od momentu zgłoszenia działaliśmy rzetelnie i profesjonalnie” – zapewnia.

Ciało 13-letniej Roksany podrzucone do Wisły? Ekspert Maciej Rokus komentuje

Niejasne okoliczności towarzyszące odnalezieniu ciała mnożą kolejne znaki zapytania wokół tej sprawy. Trudno zrozumieć, jakim cudem przez 17 dni intensywnej akcji nikt nie zauważył zwłok spoczywających tak blisko punktu, w którym dziewczynka była widziana po raz ostatni. W związku z tym zaczęły pojawiać się hipotezy sugerujące, że ktoś mógł wrzucić ciało do Wisły znacznie później, już po zakończeniu pierwszych działań przez służby.

O analizę tej zagadkowej sytuacji poprosiliśmy Macieja Rokusa, który kieruje Grupą Specjalną Płetwonurków RP i jest doświadczonym specjalistą w dziedzinie podwodnych poszukiwań oraz wyjaśniania przyczyn zgonów w akwenach.

Zastanawiamy się, czy istnieje szansa, że zwłoki zostały w to miejsce celowo podrzucone.

„Nie zaprzeczam, że jest to możliwe. Uważam, że to mało prawdopodobne, ale na pewno nie niemożliwe” – odpowiada Rokus.

Specjalista zaznacza jednocześnie, że jeśli faktycznie doszło do takiego działania, to wszelkie wątpliwości powinny zostać rozwiane przez szczegółowe badania. Zaplanowana sekcja zwłok oraz dodatkowe analizy pomogą ustalić, czy przyczyną śmierci było utonięcie w Wiśle, czy też tragedia rozegrała się w zupełnie innych okolicznościach. Zdaniem Macieja Rokusa powołani biegli dysponują wiedzą pozwalającą na weryfikację teorii o późniejszym umieszczeniu ciała w wodzie.

W tej chwili brakuje jakichkolwiek dowodów potwierdzających wersję o podrzuceniu ciała w rejon mostu. Śledczy z prokuratury zainicjowali już postępowanie dotyczące nieumyślnego spowodowania śmierci i wydali decyzję o przeprowadzeniu sekcji zwłok.

Upadek z Mostu Świętokrzyskiego. Maciej Rokus opisuje możliwy przebieg tragedii

Maciej Rokus kreśli wstrząsający scenariusz dotyczący tego, jak mogły wyglądać ostatnie momenty życia nastolatki, zakładając, że faktycznie skoczyła z Mostu Świętokrzyskiego. Ekspert zwraca uwagę, że samo uderzenie w wodę po upadku ze znacznej wysokości nie zawsze skutkuje natychmiastowym zgonem.

Silne zderzenie z powierzchnią rzeki bardzo często prowadzi do utraty przytomności. Jeszcze groźniejsze skutki niesie za sobą wpadnięcie do wody w pozycji pionowej, nogami w dół, ponieważ przy niskim stanie rzeki człowiek może z ogromnym impetem uderzyć o dno i doznać ciężkich obrażeń, takich jak chociażby złamania kończyn dolnych.

Taki przebieg zdarzeń oznacza, że poszkodowana osoba może przetrwać sam moment upadku, lecz odniesione rany uniemożliwią jej wypłynięcie na powierzchnię. Dodatkowo utrata świadomości sprawia, że człowiek nie jest w stanie zaczerpnąć tchu, co w konsekwencji prowadzi bezpośrednio do utonięcia.

Przedstawiona hipoteza to wyłącznie jeden z branych pod uwagę wariantów tej tragedii. Dopiero specjalistyczne badania wykażą, czy na wyłowionym z rzeki ciele znajdują się ślady typowe dla upadku z dużej wysokości.

Zwłoki w Wiśle blisko Mostu Świętokrzyskiego. Dlaczego ciało nie odpłynęło?

Wciąż otwarte pozostaje pytanie dotyczące kolejnej niewiadomej w tej sprawie. Trudno bowiem zrozumieć, jak ciało mogło przez 17 dni pozostawać w tak niewielkiej odległości od miejsca, w którym po raz ostatni zarejestrowano obecność Roksany.

Dla Macieja Rokusa taka sytuacja nie jest jednak niczym nadzwyczajnym ze względu na specyfikę rzeki. Ekspert wskazuje tutaj przede wszystkim na niski stan wody w Wiśle, stosunkowo słaby prąd rzeczny oraz samą budowę przeprawy mostowej.

„Kiedy dochodzi do utonięcia, ciało opada na dno i jest delikatnie wleczone siłą nurtu” – tłumaczy.

Odległość, jaką pokonają zwłoki pod wodą, jest ściśle uzależniona od siły nurtu, głębokości akwenu, struktury dna oraz podwodnych zawad. Kluczową rolę odgrywają w takich przypadkach filary konstrukcyjne mostu, na których bardzo często zatrzymują się rozmaite przedmioty niesione przez rzekę.

Wraz z postępującymi procesami rozkładu zmienia się również sama pływalność zwłok, które w pierwszej fazie spoczywają bezpośrednio na dnie. Dopiero po pewnym czasie ciało zaczyna stopniowo unosić się w toni wodnej, by ostatecznie wypłynąć na samą powierzchnię, co ma bezpośredni wpływ na jego przemieszczanie się z prądem.

Wszystkie te czynniki sprawiają, że odnalezienie ciała w bezpośrednim sąsiedztwie mostu po upływie kilkunastu dni jest jak najbardziej realne. Taki stan rzeczy nie dowodzi jednak, że zwłoki przez cały okres poszukiwań leżały dokładnie w tym samym punkcie.

Trudne poszukiwania w Wiśle. Dlaczego służby nie odnalazły ciała Roksany wcześniej?

Rodzi się zatem naturalne pytanie o przyczynę niepowodzenia oficjalnej akcji ratunkowej. Dlaczego dziesiątki zaangażowanych strażaków i policjantów nie natrafiły na ciało, podczas gdy zadanie to zrealizował prywatny zespół poszukiwawczy?

Szef Grupy Specjalnej Płetwonurków RP unika jednak formułowania jakichkolwiek zarzutów o niedopełnienie obowiązków pod adresem państwowych służb.

„Myślę, że nie chodzi o błąd, bo naprawdę się starali i walczyli. To trudne miejsca. To nie jezioro ani staw, tylko rzeka” – wyjaśnia.

Skuteczne sprawdzenie takiego odcinka rzeki wiąże się z koniecznością przeprowadzenia zaawansowanych pomiarów hydrograficznych. Proces ten wymaga precyzyjnego zeskanowania dna przy użyciu dokładnej nawigacji GPS i stworzenia szczegółowej mapy, co pozwala wytypować podwodnie obiekty przypominające swoim kształtem sylwetkę człowieka.

Jest to niezwykle czasochłonne zadanie, a samo dokładne sprawdzenie tego konkretnego odcinka Wisły wymagałoby co najmniej dwóch lub trzech dni pracy. Ekspert podkreśla, że nawet wykorzystanie profesjonalnego sonaru nie daje stuprocentowej gwarancji sukcesu, a do rzetelnej oceny działań służb niezbędny byłby wgląd w pełną dokumentację z przeprowadzonych wcześniej prac.

Daniel Dymiński odnalazł ciało w Wiśle. Konsultował poszukiwania z ekspertem

Podczas rozmowy z naszą redakcją Maciej Rokus zdradza jeszcze jedną niezwykle istotną informację dotyczącą całej akcji. Okazuje się, że Daniel Dymiński przed rozpoczęciem działań konsultował się z ekspertem, co dowodzi, że odnalezienie zwłok nie było dziełem ślepego trafu.

„Rozmawialiśmy. Przeliczył sobie pewne rzeczy i przyjął założenie, że ciało nawet po tylu dniach może znajdować się w pobliżu Mostu Świętokrzyskiego” – zdradza ekspert.

Ojciec zaginionego Krzysztofa dokładnie przeanalizował aktualny stan wody, warunki hydrologiczne na Wiśle oraz potencjalną trajektorię przemieszczania się ciała w nurcie. Na podstawie tych wyliczeń sformułował konkretną hipotezę badawczą i przystąpił do jej weryfikacji w terenie, co ostatecznie potwierdziło słuszność jego założeń.

Szef płetwonurków zna Daniela Dymińskiego od dłuższego czasu i potwierdza, że mężczyzna systematycznie przyswajał wiedzę niezbędną do prowadzenia działań na wodzie. Ojciec Krzysztofa skompletował profesjonalne wyposażenie, wypracował własną metodologię i do każdego wyjazdu przygotowuje się z ogromną skrupulatnością.

Mimo że działalność poszukiwawcza nie jest jego wyuczonym zawodem, na wodzie wykazuje się niemal pełnym profesjonalizmem. Maciej Rokus wyraża głęboki podziw dla postawy mężczyzny, którego do tak trudnego zaangażowania zmotywował osobisty dramat rodzinny.

„Mam największy szacunek dla tego człowieka. Nie odnalazł własnego syna, a mimo to wciąż walczy” – mówi Rokus.

Od maja 2023 roku Daniel Dymiński nieustannie prowadzi poszukiwania swojego syna Krzysztofa, który w chwili zaginięcia miał 16 lat. Przez cały ten okres mężczyzna wyłowił z wody już dziewięć ciał należących do innych osób, co pozwoliło dziewięciu pogrążonym w niepewności rodzinom poznać ostateczny los ich bliskich.

Sam poszukiwacz nadal jednak nie uzyskał odpowiedzi na najbardziej kluczowe dla niego pytanie. Mężczyzna wciąż nie wie, co dokładnie wydarzyło się z jego własnym synem.

Zaginiona 13-letnia Roksana nie żyje? Ojciec Krzysztofa Dymińskiego znalazł ciało

ROLKI