Spis treści
Wypadek na stacji Wola Bierwiecka. 17-letni Dominik wciągnięty pod pociąg
Do wstrząsającego wypadku doszło w połowie lutego na peronie w miejscowości Wola Bierwiecka, zlokalizowanym na trasie kolejowej łączącej Radom z Warszawą Gdańską. Nastolatek podróżował tamtędy wspólnie ze swoją matką. W pewnej chwili dostrzegł wysiadającą pasażerkę z wózkiem dziecięcym i postanowił odruchowo udzielić jej wsparcia przy opuszczaniu wagonu. To właśnie ten szlachetny gest stał się początkiem niewyobrażalnego dramatu dla młodego mieszkańca Mazowsza.
- Pamiętam moment wystawiania wózka i moment przytrzaśnięcia drzwi. To straszne wspomnienie – mówi 17‑latek.
Niespodziewanie wrota wagonu zatrzasnęły się z ogromną siłą, blokując ramię młodego człowieka. Maszyna ruszyła z miejsca, bezlitośnie wciągając ofiarę pod potężne stalowe koła. Widząc ten koszmar, pani Agnieszka natychmiastowo pociągnęła za rączkę hamulca bezpieczeństwa i z przerażeniem wybiegła na zewnątrz, aby ratować swoje dziecko. Niestety potężny skład zdążył już brutalnie zranić bezbronnego chłopca.
- Najpierw próbowałam otworzyć drzwi, a potem zerwałam hamulec, ale było za późno – wspomina nastolatek w rozmowie z reporterem "Uwagi".
Ranny leżał pomiędzy szynami, tracąc gigantyczne ilości krwi. Z relacji bliskich wynika, że odpowiedzialny za skład kierownik pociągu nie wykazał żadnej inicjatywy i zignorował potrzebę natychmiastowego udzielenia pomocy medycznej. Mężczyzna rzekomo pozostawił wykrwawiającego się chłopaka na pastwę losu na peronie.
Walka o życie nastolatka
Dramatyczne wołanie o pomoc usłyszał pan Jan, który zamieszkuje posesję sąsiadującą bezpośrednio ze stacją kolejową. Mężczyzna bez chwili wahania rzucił się na ratunek poszkodowanemu nastolatkowi i jego przerażonej matce. Jego błyskawiczna oraz niezwykle przytomna interwencja okazała się absolutnie kluczowa dla przetrwania ofiary.
- Zeskoczyłem i zobaczyłem, że chłopak z nogi ma silny krwotok. Zrobiłem opaskę zaciskową z szalika – opowiada w rozmowie z dziennikarzem.
Ciężko ranny młodzieniec został w trybie pilnym przewieziony do placówki medycznej. Specjaliści byli całkowicie zgodni co do faktu, że bez tej amatorskiej, lecz skutecznej pierwszej pomocy, pacjent nie miałby najmniejszych szans na przeżycie. Błyskawiczne zatamowanie upływu krwi uchroniło go przed najgorszym scenariuszem i tragiczną śmiercią.
- Gdyby nie człowiek, który zaopatrzył Dominika na miejscu, chłopak z pewnością umarłby z powodu wykrwawienia – podkreśla dr Katarzyna Karczewska z radomskiego szpitala.
Nastolatek trafił na stół operacyjny, gdzie chirurdzy przez osiem długich godzin walczyli o jego przyszłość. Następnie pacjent został pilnie przetransferowany do Wojskowego Instytutu Medycznego na terenie stolicy. Przez kolejne trzydzieści dni chłopak znajdował się na oddziale intensywnej terapii w stanie głębokiej śpiączki farmakologicznej.
Rodzice 17-letniego Dominika o wybudzeniu ze śpiączki po wypadku
Medycy mierzyli się z gigantycznym urazem o charakterze zmiażdżeniowym. Zespół lekarski toczył zacięty bój nie tylko o zachowanie funkcji życiowych, ale również o zminimalizowanie ryzyka nieodwracalnych uszkodzeń w obrębie centralnego układu nerwowego. Zagrożenie trwałym kalectwem intelektualnym spędzało sen z powiek całej przerażonej rodzinie.
- Było zagrożenie, że syn może nie wrócić do sprawności, także umysłowej – mówi reporterowi "Uwagi" pan Dariusz, ojciec chłopca.
Momentem zwrotnym i wielką ulgą dla wszystkich okazała się wreszcie chwila samodzielnego wybudzenia pacjenta ze śpiączki. Powrót świadomości zwiastował długo wyczekiwany początek powolnej drogi do stabilizacji zdrowia.
- Spojrzeliśmy na siebie i wiedziałem, że będzie dobrze – wspomina ojciec.
- Uśmiechnął się. Powiedzieliśmy, że go bardzo kochamy – dodaje mama.
W ostatnich dniach kwietnia młody pacjent wreszcie opuścił szpital i wrócił pod opiekę rodziców. Przed nim wciąż jednak perspektywa wielu miesięcy mozolnych ćwiczeń fizycznych oraz kolejnych etapów skomplikowanej rehabilitacji.
Śledztwo prokuratury i milczenie Kolei Mazowieckich po tragedii
Organy ścigania nieustannie badają dokładne okoliczności tego makabrycznego zdarzenia, jednak do tej pory nikogo nie pociągnięto do bezpośredniej odpowiedzialności karnej. Pracownik obsługujący feralny kurs zasłania się utratą pamięci. Sam poszkodowany wprost zaznacza, że główną przyczyną wypadku był ewidentny czynnik ludzki oraz brak należytej ostrożności.
- Myślę, że to błąd ludzki. Nieuwaga. Presja czasu.
Zrozpaczeni krewni publicznie zwracają również uwagę na zaskakującą postawę samego przewoźnika obsługującego tę trasę. Z ich obszernej relacji jasno wynika, że przedstawiciele spółki kolejowej do dziś nie podjęli absolutnie żadnej próby nawiązania kontaktu w celu wyjaśnienia sprawy.
Zbiórka na leczenie 17-latka. Fundacja Podaruj Dobro prosi o pomoc
Emisja telewizyjnego materiału wywołała gigantyczną falę empatii wśród widzów z całego kraju, którzy natychmiast zasypali domowników słowami wsparcia i otuchy. Setki ciepłych listów oraz mnóstwo wiadomości stały się dla poszkodowanego ogromnym zastrzykiem pozytywnej energii w tych wyjątkowo mrocznych chwilach życia.
- Daje mi to poczucie, że nie jestem sam. A samotność to jedna z rzeczy, której się obawiam- – mówi Dominik.
Głównym priorytetem bliskich jest w tej chwili sfinansowanie niezwykle kosztownej rehabilitacji, która docelowo pozwoli nastolatkowi odzyskać niezależność, a w efekcie umożliwi mu powrót do szkolnej ławki. W tym szczytnym celu uruchomiono specjalną akcję charytatywną, wspieraną przez ludzi dobrej woli. Wszyscy chętni mogą śmiało dołożyć swoją cegiełkę finansową, wpłacając datki poprzez oficjalną stronę fundacji Podaruj Dobro.